Chińczycy zgodnie z planem od lat prowadzą niewidzialną wojnę, jej celem jest przejęcie zachodniego świata. Pekin intensywnie inwestuje w budowanie środowisk wpływu w Europie. Nie chodzi wyłącznie o wywiad gospodarczy czy technologiczny. Równie ważne jest tworzenie relacji z politykami, mediami oraz środowiskami akademickimi i eksperckimi. W ostatnim czasie we Włoszech i Czechach pojawiły się dwie bardzo ciekawe sprawy związane z chińskimi operacjami wywiadowczymi. To dobre przykłady pokazujące, jak bardzo zmienił się charakter działań prowadzonych przez Pekin. Czy w Polsce jesteśmy w stanie zablokować budowę chińskiego systemu wpływu, który działa u nas beztrosko latami i który znacznie trudniej zauważyć niż klasyczne operacje wywiadowcze? Kiedy Polska wyrzuci chińskich agentów? Dzisiaj w Bez Cenzury rozmawiam z byłym wiceszefem Urzędu Ochrony Państwa pułkownikiem Mieczysławem Tarnowskim i Marcinem Tycem, autorem książki "Mistrzowie kłamstwa".
SŁUŻBY NIGDY NIE ODPUSZCZAJĄ: Markov, Skripal, Litwinienko, Artmonow, czyli jak zabija wywiad - Sylwester Latkowski rozmawia z Marcinem Tycem, autorem książki "Mistrzowie kłamstwa". Celem niektórych misji specjalnych, wywiadu nie jest zdobycie informacji, pozyskanie szpiega, ale zabicie. Większość głośnych spraw skończyła się bezkarnością służb. Wywiad nie jest od zbierania plotek. Nie jest od filmowych gadżetów. Jest narzędziem państwa. A państwo niezależnie czy demokratyczne, czy autorytarne – ma jeden podstawowy instynkt: przetrwać. I tu pojawia się pytanie, które wielu ludzi wypiera: czy wywiady zabijają Tak. Zabijają. Nie często. Nie publicznie. Nie zawsze. Ale zabijają. Tyle że to nie jest morderstwo w klasycznym sensie. To nie jest zbrodnia z namiętności ani mafijne porachunki. To jest decyzja polityczna. Operacyjna. Zimna. Wpisana w kalkulację ryzyka. Ktoś na najwyższym szczeblu musi uznać, że dana osoba stanowi zagrożenie większe niż konsekwencje jej eliminacji.
Sylwester Latkowski rozmawia z Marcinem Tycem, autorem książki „Mistrzowie kłamstwa” o kobietach szpiegach. Kiedy mówimy „kobieta w wywiadzie”, większość ludzi widzi jeden obraz: uwodzicielkę. Miodową pułapkę. Romans, który kończy się zdradą. To mit, który przetrwał sto lat – od czasów I wojny światowej po kino sensacyjne. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej złożona – i dużo ciekawsza. Kobiety w wywiadzie odgrywały trzy zupełnie różne role. Po pierwsze – operacyjne. Jako agentki, które miały dostęp do informacji. Po drugie – analityczne. Jako osoby pracujące w strukturach państwowych, często w kluczowych instytucjach, których nikt nie podejrzewał. I po trzecie – wpływu. Budujące relacje, tworzące środowisko, które otwierało drzwi. Najciekawsze jest to, że stereotyp „miodowej pułapki” jest w praktyce najmniej typowy. Oczywiście, honey trap istniał i istnieje – był stosowany przez KGB, Stasi, służby chińskie, izraelskie. Ale najgroźniejsze kobiety w wywiadzie to nie te, które uwodziły. To te, które były niewidoczne. Sekretarka w instytucie badań atomowych. Analityczka w Pentagonie. Specjalistka od polityki zagranicznej. Kobieta, która siedzi przy biurku i ma dostęp do dokumentów. Wywiad nie potrzebuje spektaklu. Potrzebuje dostępu i motywacji. A kobiety – często niedoceniane, często traktowane jako „administracyjne wsparcie” – miały dostęp, którego nikt nie uważał za groźny. I to jest klucz do zrozumienia ich roli. Wywiad działa tam, gdzie nikt nie patrzy. A przez dekady nikt nie patrzył na kobiety jako na potencjalne źródło strategicznej zdrady. Dlatego historia kobiet w wywiadzie to nie opowieść o romansach. To opowieść o ideologii, lojalności, przekonaniu i cierpliwości.
Celem niektórych misji specjalnych, wywiadu nie jest zdobycie informacji, pozyskanie szpiega, ale zabicie. Większość głośnych spraw skończyła się bezkarnością służb. Wywiad nie jest od zbierania plotek. Nie jest od filmowych gadżetów. Jest narzędziem państwa. A państwo niezależnie czy demokratyczne, czy autorytarne – ma jeden podstawowy instynkt: przetrwać. I tu pojawia się pytanie, które wielu ludzi wypiera: czy wywiady zabijają Tak. Zabijają. Nie często. Nie publicznie. Nie zawsze. Ale zabijają. Tyle że to nie jest morderstwo w klasycznym sensie. To nie jest zbrodnia z namiętności ani mafijne porachunki. To jest decyzja polityczna. Operacyjna. Zimna. Wpisana w kalkulację ryzyka. Ktoś na najwyższym szczeblu musi uznać, że dana osoba stanowi zagrożenie większe niż konsekwencje jej eliminacji.
Rozmawiam z Marcinem Tycem, autorem książki „Mistrzowie kłamstwa” o kobietach szpiegach. Kiedy mówimy „kobieta w wywiadzie”, większość ludzi widzi jeden obraz: uwodzicielkę. Miodową pułapkę. Romans, który kończy się zdradą. To mit, który przetrwał sto lat – od czasów I wojny światowej po kino sensacyjne. Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej złożona – i dużo ciekawsza. Kobiety w wywiadzie odgrywały trzy zupełnie różne role. Po pierwsze – operacyjne. Jako agentki, które miały dostęp do informacji. Po drugie – analityczne. Jako osoby pracujące w strukturach państwowych, często w kluczowych instytucjach, których nikt nie podejrzewał. I po trzecie – wpływu. Budujące relacje, tworzące środowisko, które otwierało drzwi. Najciekawsze jest to, że stereotyp „miodowej pułapki” jest w praktyce najmniej typowy. Oczywiście, honey trap istniał i istnieje – był stosowany przez KGB, Stasi, służby chińskie, izraelskie. Ale najgroźniejsze kobiety w wywiadzie to nie te, które uwodziły. To te, które były niewidoczne. Sekretarka w instytucie badań atomowych. Analityczka w Pentagonie. Specjalistka od polityki zagranicznej. Kobieta, która siedzi przy biurku i ma dostęp do dokumentów. Wywiad nie potrzebuje spektaklu. Potrzebuje dostępu i motywacji. A kobiety – często niedoceniane, często traktowane jako „administracyjne wsparcie” – miały dostęp, którego nikt nie uważał za groźny. I to jest klucz do zrozumienia ich roli. Wywiad działa tam, gdzie nikt nie patrzy. A przez dekady nikt nie patrzył na kobiety jako na potencjalne źródło strategicznej zdrady. Dlatego historia kobiet w wywiadzie to nie opowieść o romansach. To opowieść o ideologii, lojalności, przekonaniu i cierpliwości.
Premier DONALD TUSK zapomniał o ściganym listem gończym MARCINIE TURCZYŃSKIM, założycielu Zatoki Sztuki, bo ma na głowie sprawę Epsteina. Tak pomyślałem, gdy premier wypalił, że zajmie się polskimi wątkami w aferze Epsteina. O co tu w ogóle chodzi? Powołuje się u nas specjalne grupy i komisje w sprawie amerykańskiej afery, a pod nosem mamy wielkie bagno. Mam na myśli ciąg niewyjaśnionych afer w Polsce o tym samym charakterze, gdzie pojawiały się znane nazwiska, osoby wpływowe.
Premier DONALD TUSK zapomniał o ściganym listem gończym MARCINIE TURCZYŃSKIM, założycielu Zatoki Sztuki, bo ma na głowie sprawę Epsteina. Tak pomyślałem, gdy premier wypalił, że zajmie się polskimi wątkami w aferze Epsteina. O co tu w ogóle chodzi? Powołuje się u nas specjalne grupy i komisje w sprawie amerykańskiej afery, a pod nosem mamy wielkie bagno. Mam na myśli ciąg niewyjaśnionych afer w Polsce o tym samym charakterze, gdzie pojawiały się znane nazwiska, osoby wpływowe.
Sylwester Latkowski o prawdziwej polskiej mafii w książce "Polska mafia".
Idziemy w złym kierunku. Oczywiście ta służba ma swoje za uszami, ale to nie znaczy, że ta reorganizacja tej służby musi polegać na jej likwidacji. To jest moim zdaniem najgorsze, co można zrobić.