Patrząc na to, co się dzieje wokół MON, można się pokusić o stwierdzenie, że komuś styropianowy "ruski" dron spadł na głowę. Wszelkim doradcom w MON być może mole mózg wyżarły. "Kukułcze jajo" już nic nie znaczy – to fragment listu, jaki rozchodzi się wśród pułkowników i generałów. Jako autora wymienia się jednego z generałów, choć najbardziej pasuje jeden z pułkowników. 

Cywile grają główne skrzypce i robią, co chcą – czytamy.

Co wskazuje, że autor to wojskowy, który nie przepada za kontrolą cywilna wojska. Jednak czy wszystkie jego uwagi są niesłuszne? Co Pisze?

Pis zjeżdżał po zboczu w dół z MON, a teraz ten MON jest na krawędzi nad przepaścią. Aby doprowadzić do stanu normalności i przyzwoitości   potrzebne są długie dziesięciolecia, ponieważ stany osobowe są zdeprawowane skalą próchnicy panującej w szeregach wojska na wszystkich poziomach. Nie pomogą tu starania pojedynczych rozsądnych i myślących generałów. System jest chory na złośliwego raka. 

W nie tak odległej przeszłości przy stanie wojska ok 450 tysięcy w jego szeregach służyło 156 - 166 generałów, przy czym wówczas w strukturze Sił Zbrojnych było więcej dywizji niż obecnie brygad. Obecnie stan wojska kształtuje się na poziomie około 200 tysięcy, ale w jej strukturach generałów w mundurze jest ok. 250. Okazuje się, że ciągle mało skoro 50 kolejnych kandydatów skierowano na kurs generalski do Akademii Pana Kleksa (Marcinkowa), 

Tak nazywają w wojsku  kursy, gdzie przyszłych generałów.

Autor listu zwraca  uwagę, że uczą głównie cywile i oficerowie, którzy często kompanią, batalionem nie dowodzili. A chętnych na ten kurs jest kolejnych wiele tysięcy-od podpułkownika wzwyż. 

Nie ma takiego kraju na świecie, gdzie na kurs generalski kierowani są oficerowie w stopniu ppłk, bądź takich, którzy przesiedzieli za biurkiem i nie widzieli poligonu nawet podczas wycieczki. Taka sytuacja to jest pierwszy krok do upadku państwowości, bo podczas kryzysu wojsko jest tylko w tabelkach i na papierze. Pod względem liczby generałów (nie z tytułu doświadczenia, lecz z tytułu nadania i "widzi mi się") przodujemy na całym świecie. Przodujemy nad USA i armią Chin, która liczy 2.8 mln plus 0,5 mln sił paramilitarnych oraz ok. 216 mln rezerwistów. 

Czy tam na szczytach ktoś jeszcze wie, co to jest polityka kadrowa?  - pyta autor?

Wiadomo przecież, że jeżeli jest np. 1000 plutonów, to dowódcami kompanii może zostać ok. 1/3, z tego dowódcami batalionów też tylko ok. 1/3 itd., im wyżej, tym etatów dowódczych mniej. 

Ale każdy chce być generałem, bo po drodze nie ma żadnej selekcji pod względem wyników kontroli i predyspozycji. Układy się liczą - tylko. 

Z ogromnych nadwyżek kadry tworzy się setki nikomu niepotrzebnych instytucji, komórek, a każda z nich nie jest wydolna, choć nie tworzy i nie wnosi nic. Ślepej instrukcji, metodyki, podręcznika dla potrzeb szkolenia wojsk, dowódców i oficerów sztabu nie opracowuje nikt, bo wszyscy są niewydolni, wszędzie wakaty, wszyscy tylko patrzą jak szpak w pi..ę w swoje monitory i obracają pierdołami od rana do 15.00. 

Obecnie jest tak, że gdyby np. w sztabie Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych (DGRSZ)  do pracy nie przychodziło 40% tzw."robotników (mjr., ppłk) to wielu nawet by się nie zorientowało, a wszystko by się kręciło jak wcześniej. Wielu, wielu z nich można by było zastąpić cywilami. 

NIE POMOGĄ SZCZERE CHĘCI, Z SIANA GWIAZDEK NIE UKRĘCI" – kończy autor.