logo
Książki

Przykrywkowcy. Policja już tak ma

03.05.2016 11:08
Mieliśmy asów i mniej zdolnych. Różnili się między sobą bardzo. Mieliśmy takiego specjalistę, który potrafił prowadzić przez długie miesiące operację wśród grup satanistycznych. To było trudne, by nie zwariować.

 „Agent Tomasz i inni. Przykrywkowcy” (współautor Piotr Pytlakowski), wydawnictwo Świat Książki, 2010

 

Rozdział "Policja już tak ma".

Stworzył i odszedł

 

Tomasz Warykiewicz, współtwórca systemu pracy policjantów pod przykrywką, pracę w organach ścigania zaczynał w Krakowie w latach 80., w wydziale kryminalnym. Na początku lat 90. kierował w Krakowie specgrupą do walki z przestępczością zorganizowaną zwaną Antygangiem. Potem trafił do CBŚ, gdzie zajmował się operacjami specjalnymi. Odszedł w 2003 roku skonfliktowany z ówczesnym kierownictwem KGP. Stanął w obronie jednego ze swoich podwładnych Jerzego P., któremu zarzucano uszkodzenie służbowego samochodu. Warykiewicza tłumaczył młodszego kolegę, że stało się to podczas akcji, przykrywkowiec był w sytuacji przymusowej. Ktoś dokonał wtedy plotkarskiego przecieku do mediów, który miał skompromitować naczelnika Zarządu Operacji Specjalnych. Jedna z gazet napisała, że Warykiewicz źle rozporządza funduszem operacyjnym. Sugerowano, że pieniądze są przeznaczane na prywatne potrzeby funkcjonariuszy. Ale późniejsze kontrole nie potwierdziły nieprawidłowości.

W gruncie rzeczy prawdziwym powodem konfliktu była sprawa Starachowic (patrz: Rozdział V). Warykiewicz miał pretensję do przełożonych, że zamiast czuwać nad bezpieczeństwem policjantów biorących udział w operacji starachowickiej, biegali do wiceministra spraw wewnętrznych z meldunkami i informowali go o planach akcji. Uważał, że w ten sposób kupują sobie stopnie generalskie. Odszedł z CBŚ. Rok pracował w policyjnej formacji w Kosowie, szkolił policjantów. Później kilka miesięcy był doradcą w formowanym właśnie Centralnym Biurze Antyterrorystycznym. Dzisiaj jest policyjnym emerytem, mieszka na Mazurach. Prowadzi tam biuro handlu nieruchomościami.

 

Z naszych nikt nie zginął

Rozmowa z Tomaszem Warykiewiczem (zapis z nagrania).

– Skąd wziął się pomysł na przykrywkowców?

– Na początku lat 90. było i śmiesznie i strasznie. Środowiska przestępcze ze zwykłych band zaczęły przekształcać się w organizacje łączące ze sobą oszustów ekonomicznych i gangsterów ulicznych. Większość przestępców, która dokonywała włamań do mieszkań, kradzieży samochodów, napadów, zaczęła się przebranżawiać na przemyt i handel narkotyków, ściąganie haraczy i organizację nierządu. Na formy mniej ryzykowne społecznie, bo nieuderzające w przeciętnego obywatela, ale zagrażające interesom ekonomicznym kraju i ogólne poczucie bezpieczeństwa. Myśmy to dostrzegali. Z czasów milicyjnych przenieśliśmy dwie rzeczy: rozpoznanie osobowe i cały czas funkcjonującą sieć źródeł, czyli informatorów.

– Ciekawe, dlaczego w PRL obywano się bez przykrywkowców?

– Za czasów milicji kryminalnej nie było takiej potrzeby, aby istniała instytucja przykrywkowców, jedyną formą, jaką można uznać za zbliżoną była działalność VII Biura Komendy Głównej, tzw. wydziału dewizowego. Była to kombinacja operacyjna. Ustalano poprzez źródła przeprowadzane transakcje, gdzie kto ma walutę, handluje nią. Wówczas jednak to nie policjant po przykryciem przeprowadzał transakcję, a źródło, czyli agent.

– Czym różni się kombinacja operacyjna od operacji specjalnej?

– Operacja specjalna jest formą pracy operacyjnej bezpośredniej. Kontakt z przestępcą ma bezpośrednio policjant, a nie jego źródło. Jest to wyjątkowa forma pracy, dlatego wymaga wyjątkowych umiejętności, przygotowania i precyzji w wykorzystywaniu prawa. W tamtych czasach nie było takiej potrzeby. Rozwiązywaliśmy sprawy w sposób prostszy. Włamania, kradzieże, napady, zabójstwa nie wymagają podejmowania takich działań wykrywczych.

Dzisiaj jest to forma ostateczna, najwyższa. Po pierwsze wymaga dużych inwestycji, po drugie jest ryzykowana, po trzecie mocno ingeruje w prawa obywatelskie.

Operacja specjalna jest to każde działanie, do którego wykorzystywany jest funkcjonariusz pod przykryciem, każdy funkcjonariusz, nie tylko ten ukierunkowany na zdobycie dowodów.

– Operacja specjalna, czyli zakup kontrolowany?

– Operacja specjalna i zakup kontrolowany to dwa różne pojęcia. Zakup kontrolowany przy pomocy tzw. naturszczyka, agenta, nie jest operacją specjalną. Wydział dewizowy stosował właśnie formę zakupu kontrolowanego.

– Mówi się, że to pan wymyślił instytucję policjanta pod przykrywką?

– To miłe, ale było inaczej. Pomysł narodził się w głowach kilku ludzi. Demiurgiem tego mechanizmu był Adam Rapacki, który, wykorzystując kontakty ze Scotland Yardem, w końcu lat 80. doprowadził do tego, że przyjechali mądrzy ludzie stamtąd. Był wtedy zastępcą szefa Biura ds. Przestępczości Gospodarczej. Potem zastępcą w Biurze do Walki z Przestępczością Zorganizowaną. W ramach tego biura zaczęto organizować podwaliny pod nowy system. Najpierw zapoznanie się z metodą, przeszkolenie ludzi za granicą, aż wreszcie stworzenie przepisów, które zaczęły obowiązywać od lipca roku 1995. To jest formalny początek zakupów kontrolowanych dokonywanych przez przykrywkowców.

Sama zaś koncepcja urodziła się 1994 roku i została w ciągu roku doprowadzona do faktycznej możliwości stosowania operacji specjalnych i zakupów kontrolowanych w Polsce. Na początku czterech zapaleńców: Adam Rapacki, Sławek Śnieżko, dzisiejszy dyrektor służby kryminalnej (już nie, przeszedł do pracy w CBA – przyp. aut.), Mirek Nowacki, od dawna nie jest w firmie, nie wiem, co dzisiaj robi. No i ja. Przenosimy doświadczenia z zagranicy tutaj. Od samego początku zakładamy, że budujemy nasz własny system. Zbieramy doświadczenia, jesteśmy wszystkim, czyli zbieramy plany, pracujemy jako operatorzy, organizujemy pracę, przekonujemy przełożonych, pracujemy nad przepisami.

Od 1994 roku współtworzę z Andrzejem Borkiem PZ-ty. W ramach tych PZ-tów zaczynamy to robić. Najpierw organizujemy szkolenia w Polsce, przygotowujemy się sami. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że Anglicy jako pierwsi zwrócili uwagę, że potrzebna jest pomoc Polaków, bo będą mieli problem z przestępczością, która idzie stąd, z dawnego bloku wschodniego i postanowili współpracować z nami, przygotować nas na partnerskich warunkach.

 

Pracujemy w jednym pokoju

 

– Przykrywki narodziły się w bólach?

– Należy przyjąć, że 1995 roku jest rokiem narodzin. Rok później powstaje Wydział V w Biurze PZ przy KGP. Pracujemy w jednym pokoju. Walczymy o papier. Mamy jedną panią. Adam Rapacki proponuje do nas Jurka Nęckiego, to my go na szkolenie, wycieramy nim podłogę i okazuje się, że on ma równo wszystko poukładane w głowie. Decydujemy, że on zostanie naszym przełożonym, bo my nie chcemy tego, mamy za dużo jeszcze do zrobienia. Nie chcieliśmy mieć administracji na głowie. Jurek dostaje ważne zadanie, napisanie pierwszej instrukcji, która potem miała być wydana w formie zarządzenia Komendanta Głównego Policji. Dyskusje nad nią trwają nocami, dniami, niekończące się… Powstaje cała nowa nomenklatura, której dotąd nie było. Na przykład operator – policjant pod przykryciem. Rozliczanie funduszu na oświadczenie. Do tej pory takiej możliwości nie było, do tej pory każdy musiał przynieść paragon, rachunek, fakturę. A tu gość pisał oświadczenie: wydałem tyle i tyle. Cała nomenklatura związana z legalizowaniem. W tym czasie rodzi się w mojej głowie pomysł zetbezetów, jedynej na świecie formacji, która pozwala na zabezpieczanie policjanta pod przykryciem i integrowanie tych ludzi bez dekonspiracji. W USA jest tak, że przykrywkowiec chowa policyjną legitymację pod wycieraczkę, pistolet zaś do bagażnika. A system zabezpieczenia polega na tym, że za nim jadą samochody z antenami i ze SWAT. Tam jest największa śmiertelność wśród przykrywkowców na świecie.

Po tym jak Stańczyk (Jerzy Stańczyk, były komendant główny policji – przyp. aut.) PZ-ty porozrzucał po Polsce, tworząc tam oddziały, myśmy teoretycznie w nich pracowali, ale faktycznie w Warszawie. Katastrofa, jeśli chodzi o przepisy.

Przyjęliśmy wzorzec angielski, że firma jest samodzielna wewnątrz w podejmowaniu decyzji o operacjach specjalnych, do momentu, w którym pojawia się perspektywa zdobycia dowodu, od tego momentu musi być autoryzacja zewnętrzna. Dlaczego? Bo przy pracy operacyjnej bezpośredniej każdy ruch człowieka zbierającego dowody i dokument przez niego wytworzony musi być pod kontrolą i nie można tam nic zmienić.

Przykrywkowiec nie podpisywał się własnym nazwiskiem, a numerem, także na dokumentach procesowych. Trzeba było stworzyć model przesłuchania. Wykorzystano przepis art. 184, o świadku incognito, który został stworzony na potrzeby Starówki (w połowie lat 90. gangsterzy próbowali wymuszać haracze od restauratorów na warszawskiej Starówce – przyp. aut.), pasował w 99% do policjantów pod przykryciem. Figuranci znają nas z wizerunku, ale chodzi o to, by nie wiedzieli, gdzie mieszkamy i jak się naprawdę nazywamy.

– No i nadszedł chrzest bojowy. Sprawa Sajura...

– Z niepokojem oczekiwaliśmy na pierwszą sprawę sądową, która powiedzie się w sensie dowodowym. Była nią sprawa amfetaminy w Warszawie. To pierwszy zakup operacji kontrolowanej realizowany w ramach operacji specjalnej i pierwszy wyrok skazujący orzeczony w 1997 roku przez sędzinę sądu rejonowego w Warszawie, która potem współpracowała z nami w sprawie wprowadzania standardów strasburskich. Była biegła w sprawie orzeczeń strasburskich. Utrzymał się sposób zbierania dowodów. Podejrzaną była dziewczyna, konkubina przestępcy o pseudonimie Sajur, myśmy kupowali narkotyki. Sukces tej sprawy dał nam poczucie stabilności, że to, co zrobiliśmy w ciągu 3,5 roku nie zostało zmarnowane. Robiliśmy potem 150 operacji specjalnych rocznie. W Polsce i innych krajach.

Po wydziale V w PZ, byliśmy zespołem „S”, potem w CBŚ staliśmy się wydziałem IV.

 

Kryteria doboru przykrywkowca

 

– Skąd braliście ludzi do tej profesji? Jakie były kryteria doboru?

– Pierwsze założenie, że musi być to policjant. Dobry policjant. A nie ktoś po szkole. Aby zebrać dowody, które utrzymają się w sądzie, należy potrafić je rozróżniać, umieć oddzielić ziarno od plew, mieć doświadczenie. Człowiek, który sam nie prowadził postępowań, tego nie zrobi. Dobry policjant to taki, który nie tylko ma dobrą opinię i jest skuteczny, ale jest też akceptowany przez kolegów.

Zaczęliśmy typować przy pomocy naczelników terenowych PZ w oparciu o te kryteria. Stosowaliśmy metodę dychotomiczną, tak albo nie. Funkcjonariusze, którzy do nas trafiali szli na badania psychologiczne. Dawały kolejną opinię: tak albo nie.

Przkrywkowiec musi być inteligentny. Musi mieć zdolność komunikacji społecznej, osoba niekomunikatywna jest nieprzydatna, nie jest w stanie nawiązać kontaktu i go utrzymać. Musi być krytyczny wobec siebie, posiadać zdolność samodoskonalenia się. Te cztery rzeczy są najważniejsze. Jak ktoś się przebił przez te dwie bariery trafiał na nas, myśmy go na różne metody sprawdzali, ale także w oparciu o naszych kolegów, którzy go znali. Rozmowa z nami była decydująca, jeśli chodzi o kwalifikację na szkolenie.

Wpierw w 1995 roku wytypowaliśmy 12 osób. Podczas kursu każdy z nich miał kontakt z dwudziestoma wykładowcami, instruktorami. Przez dwa tygodnie 24 godziny na dobę przyglądamy się im starannie. Potem z wykładowcami klasyfikowaliśmy: tak lub nie! Jeśli tak, to wnioskowaliśmy o nadanie numeru do dyrektora biura. Policjant pod przykryciem ma tylko numer, podpisuje się tylko numerem. Ten numer nie jest przyznawany nigdy nikomu innemu.

Mieliśmy asów i mniej zdolnych. Różnili się między sobą bardzo. Mieliśmy takiego specjalistę, który potrafił prowadzić przez długie miesiące operację wśród grup satanistycznych. To było trudne, by nie zwariować. Ale były też takie kursy, że nie kwalifikowaliśmy nikogo.

Przykrywkowiec powinien być zadowolony z życia, które prowadzi. Przykrywka nie może być dla niego ucieczką od życia, które prowadzi, bo za chwilę może być z nim problem. Musi lubić życie w M3 z żoną, dzieckiem, i 2,5 tysiącami złotych pensji. Musi to lubić. Nie może narzekać. Musi być komunikatywny. Musi być doświadczony. Dwudziestoparoletni człowiek jest za młody dla przykrywek, on jeszcze nie zdążył nabrać doświadczenia. Pokory zawodowej.

 

Zagrożenia w tej robocie

 

– Zdiagnozowaliście też zagrożenia dla policjantów pracujących pod przykryciem? Nie tylko ryzyko wynikające z możliwości dekonspiracji, ale uciążliwości natury psychicznej?

– Największe zagrożenie w tej robocie to tzw. syndrom sztokholmski, im dłużej się z kimś jest, poznaje się go też z innej strony, zaczyna się go lubić i segregować informacje, które się o nim przekaże, a które nie. Drugie zagrożenie – spodobało mi się to życie i chcę pracować jak najdłużej, a to jest tylko etap w życiu zawodowym. Powinno się potem pracować gdzie indziej. Przykrywkowcy to półetatowcy, po wykonaniu operacji wracają do siebie, do rodzimej komendy na poprzednie stanowisko. Jak jest przydatny to się go ponownie oddelegowuje. Margines to tacy, którzy są na pełnym etacie.

– Skończył akcję i ... temu panu już dziękujemy?

– Po zakończeniu operacji funkcjonariusz nie jest spalony. Amerykanie tak robią, jedna operacja – jedno życie. My mamy inny model. Chyba, że ktoś nie wytrzymuje stresu. Były takie przypadki, że musieliśmy wycofywać ludzi. Na szczęście nie dochodziło do drastycznych finałów. Nie wytrzymywali psychicznie, część ludzi nie wytrzymywała fizycznie. Mieliśmy przykład kolegi, którego trzeba było rekonstruować od wewnątrz w szpitalu. Z przeszczepem wątroby włącznie. Niepijący chłop stał się w dwa miesiące alkoholikiem ze strachu, ze stresu. Wszystko mu się zawaliło.

– A sytuacje z gatunku trup ściele się gęsto, jak w amerykańskim filmie?

– Dochodziło do fizycznego zagrożenia. Mieliśmy raz sytuację zakładniczą. W Radomiu. Nasi zostali ze strachu porwani. Przestępcy myśleli, że to jest jakiś wałek, chcieli się dowiedzieć, o co chodzi. Ale chłopaki uratowali się, utrzymali swoją legendę wśród przestępców. Był też drugi groźny przypadek, ale ten chłopak też się uratował, przeleżał całą noc w mokradłach. Sprawa dotyczyła grubego handlu bronią. Chciano go wziąć w pułapkę, odpalić, bo miał kasę na transakcję. Kiedy się zorientował, uciekł. Jedyną drogą jego ucieczki były bagna. Próbowali go znaleźć, przeleżał całą noc w szuwarach po szyję wodzie. Ale nigdy po naszej stronie nie było ofiar. Hołdowaliśmy zasadzie, że lepiej operację przerwać, niż stracić kolegę. Sukcesem operacji jest także to, że wszyscy wracają domu.

 

Legendowanie policjanta

 

– Legendowanie policjanta, czyli wymyślanie mu życiorysu gangsterskiego. Żeby się uwiarygodnić, musiał łamać prawo?

– Nie ma potrzeby ani prawnej możliwości, by popełniać przestępstwa, żeby się dobrze zalegendować… to jest, wybaczcie panowie, idiotyzm. Przykrywkowiec nie może przekraczać bariery przestępczości, przestanie być policjantem. Jeśli ktoś chce się dostać do organizacji przestępczej na zasadzie rekrutacji wśród złodziei samochodowych, to wtedy jest to problem. Wystarczy, że współpracuje się z organizacją przestępczą, bo ma własną, rzecz jasna, jako legenda, nikt wtedy nie każe bić ani strzelać.

 

Mieliśmy dosłownie trzy minuty

 

– A jakim przykrywkowcem był sam Wrzaskun? Nigdy się, jak pan mówi, nie przegrzał?

– Ja jestem ekstrawertykiem, więc mi łatwiej. Jestem aktywny fizycznie. Odstresowywałem się sportem.

– Niech pan opowie o jakichś groźnych akcjach, kiedy ten sport uratował pana z opresji?

– Każda opowieść, za dużo szczegółów, zdradza technikę pracy, ja tego nie zrobię.

– No to z innej beczki. Sprawa obrazu przemyconego do Szwecji. Podobno nieźle się pan wyszkolił w dziedzinie historii sztuki.

– Ten obraz skradziono w Polsce w 1998 roku. Sprawcą był drugi trener reprezentacji Polski w zapasach. Uciekł z tym obrazem do Szwecji. W tej sprawie na pierwszej linii pracowała kobieta. Źródła szwedzkie wyłapały gościa, który oferował tam obraz. Myśmy dostali zadanie, by go podejść. I doprowadziliśmy do tego, że on przywiózł ten obraz z powrotem do Polski i mieliśmy dosłownie trzy minuty na to, by ocenić, czy ten obraz jest prawdziwy, czy to falsyfikat. Stworzyliśmy cały scenariusz tego interesu, żeby on uwierzył, że ma autentycznych kupców i żeby przyjechał. Podczas negocjacji dziewczyna musiała polegać tylko na sobie i w trzy minuty podjąć decyzję. Miał być sprzedany za 1,5 miliona dolarów. Ta operacja trwała siedem miesięcy. Faktycznie, zdobyliśmy taką wiedzę, że pewnie moglibyśmy oprowadzać wycieczki po muzeach.

 

Kupiliśmy całą piwnicę dzieciaków

 

– Ponad półroczna operacja to norma, czy były dłuższe?

– Czas operacji trwa od kilku tygodni do kilku lat. Najdłuższa, przy której pracowałem trwała osiemnaście miesięcy.

– A najkrótsza?

– Dwa miesiące od pozyskania informacji do finału. W Krakowie pewni Polacy handlowali rumuńskimi dziećmi. Był w prokuraturze krajowej taki prokurator, wciąż mnie trzęsie jak o nim pomyślę, po prostu stary dziad, który nie chciał dać nam zgody na zakup kontrolowany, bo uznał, że dzieci nie mogą być przedmiotem przestępstwa. Z dwójką operatorów podkupiliśmy te dzieci, znaleźliśmy piękny patent na to, żeby nie popaść w nielegalność. Zrobiliśmy to w ramach sprawy operacyjnej, którą w całości udostępniliśmy na potrzeby sądu. Tysiąc pięćset marek za dziecko. Kupiliśmy całą piwnicę tych dzieciaków, było ich ze czternaścioro. Zapłaciliśmy tylko za pierwszą dwójkę. Od momentu odzyskania tej dwójki dzieci do przejęcia całej piwnicy upłynęło kilka godzin. Celem tej operacji wyjątkowo nie było zdobycie dowodów, ale przede wszystkim odbicie dzieci przemycanych z Rumunii. Dzieci przekazaliśmy policji, sąd decydował o ich dalszym losie.

 

Przyznał się chłop, jak ją zamordował

 

– Prowadziliśmy sporo takich małych operacji specjalnych. Zbudowaliśmy całą sieć do ulicznych zakupów od dilerów narkotyków. Przygotowaliśmy operatorów półetatowych, którzy pracowali w ramach sieci nadzorowanej przez Biuro Wywiadu Kryminalnego na potrzeby tych zakupów, dwie torebki pod szkołą, dyskoteką. Przeszkoliliśmy ogromną liczbę osób w Polsce do przeprowadzenia tych operacji. Pół roku to trwało, były świetne efekty. A potem jednym podpisem zostało to jednak zlikwidowane i nasze wysiłki po prostu zmarnowano.

– Agent Tomasz szukał człowieka, a dopiero potem przybijał mu czyn karalny. W CBŚ były inne normy?

– Ta praca polega na tym, że nie poszukuje się kogoś, a potem dopasowuje do niego przestępstwo. Otrzymujemy zlecenie od kolegów policjantów albo z prokuratury. Mamy to i to, pomóżcie nam. Dostając zlecenie, ocenialiśmy, czy zleceniodawca zrobił wszystko co mógł, zanim do nas przyszedł. Jeśli nie, to dostawał elaborat, co ma jeszcze zrobić. Zleceniodawca, przychodząc do Zarządu, musi mieć trop, wiedzieć, że ten facet zrobił to i to. Nie ma tylko dowodu i to jest nasze zadanie.

Robiliśmy taką robotę kiedyś. Zaginęła młoda dziewczyna w ciąży. Po dwóch dniach ojciec zgłosił zaginięcie. Po kilku dniach ojciec przyniósł pamiętnik tej dziewczyny, który opisuje relację dziewczyny z mężczyzną, który był właścicielem firmy budowlanej, że jest z nim w ciąży, że on nie chce dziecka, nie chce się rozwieść z żoną. Policja zatrzymuje jegomościa i pokazuje mu pamiętnik. On mówi, że to nieprawda, nie wie o co chodzi. I sprawa leży. Po dwóch latach biorą ją kryminalni z komendy wojewódzkiej do kontroli i okazuje się, że facet jest dobrze zorganizowanym przestępcą, ma gang, który pod przykrywką firmy budowlanej robi na zamówienia kradzieże budowlane, wszystko – od okien, przez armatury, po maszyny budowlane. Na towar ma kupców. Mieli konkretnego podejrzanego, ale dowodów nie potrafili nazbierać. Zalegendowaliśmy się jako przestępcy z branży budowlanej. Doszliśmy do niego. To nie był wielki chojrak. Przyznał się chłop, jak ją zamordował i pozbył się zwłok. W wilku ją zmielił, to jest taka maszyna do mieszania. Przyznał się na taśmę, pochwalił się w swobodnej rozmowie. Też chciał być takim dobrym przestępcą jak my, opowiedział, gdzie spalił rzeczy. Ślady odzieży i DNA dziewczyny w tej maszynie znaleźliśmy.

 

Człowiek pojawia się i nagle znika

 

– Jak reagują rodziny policjantów pod przykryciem? Stres żon i matek nie pomaga policjantom w robocie.

– Znam zagrożenia, mam doświadczenie, wiem, jak samemu nie popełniać błędów i jak innych prowadzić tak, aby ich nie popełniali. Wiem, jak potrzebna jest pomoc na przykład rodzinom przykrywkowców. Często prowadziliśmy z rodzinami tych ludzi długie rozmowy, tłumaczyliśmy, żeby się nie bali o swoich, bo wyjechali gdzieś na dłużej i nie dają znaku życia. Nie dają, bo taka jest procedura. Taka to profesja, że człowiek pojawia się i nagle znika. Rodziny muszą to rozumieć i ich wspierać, a naszą rolą jest, aby wspierać te rodziny.

– Chwali się pan, że wśród przykrywkowców nie było jak do tej pory ofiar, a to nie do końca prawda. Pan też jest trochę ofiarą, odszedł pan z CBŚ w atmosferze wojny wewnętrznej. Policjanta Maiamiego przełożeni nie obronili, kiedy media postawiły mu fałszywe zarzuty.

– Maiami to był świetny chłopak, ale trochę ćpun adrenalinowy. Bez sytuacji zagrożenia czuł się kiepsko. On dzisiaj jest nieszczęśliwy, że nie może całej swojej energii poświęcać policji. Czuje się niesłusznie odrzucony. Honorowo zwolnił się z policji. Przeżył nagonkę na siebie, wszystko okazało się wydmuszką, potem zaproponowano mu powrót do policji, ale on powiedział, że tylko z niektórymi ludźmi może w policji pracować, a ich też już tam nie było. Niedoceniany, bo tak naprawdę niewiele osób wie, co on naprawdę zrobił w życiu. Tylko my wiemy, jaką wartość reprezentuje, jakim jest człowiekiem. To jest na wskroś uczciwy, pokorny, honorowy facet, któremu brakuje pracy w policji. W tej robocie sprawdzał się bardzo dobrze.

– Może policja już tak ma, że szefowie, aby zachować własny stołek odwracają się od podwładnych w potrzebie.

– Tak, niestety, policja tak już ma...

Książka

Sylwester Latkowski jest reżyserem, scenarzystą, dziennikarzem, producentem filmów; autorem filmów i książek.