Tajemnica dziennikarska zaczyna być fikcją, Ziemkiewicz i schadenfreude. Zapiski z tygodnia

Na końcu jest apel do poparcia środowiska dziennikarskiego. Słusznie. Choć może to także czas na autorefleksję”, bo na razie to tylko broni się „swoich”. W ten sposób nie ma już jedności tam, gdzie powinna być, pomimo różnic. Skutki? Teraz służby i władza, każda (ta za PO-PSL, wcześniej SLD nie była lepsza), będą wykorzystywać słabość solidarności dziennikarskiej i pozostaje bezradność. Niezrozumiały jest dla mnie także brak zainteresowania, czy komputery trafiły do tajnej kancelarii w sądzie. Dlaczego nie dokonano binarnej kopii? Itd. Kolejne zaskoczenie to, jak informacja o tym wydarzeniu szybko znikła z jedynek mediów.

Blokersi-CD.jpg

Równo dwadzieścia lat minęło

29 września 2021, środa

Rocznica wydania soundtracku filmu „Blokersi”. Równo dwadzieścia lat minęło. Pamiętam, że zanim powstał, przesłuchałem setki demówek, głównie w samochodzie. Na fotelu po stronie pasażera powstał niezły stos płyt CD, tych odrzuconych. Arek Deliś działał podobnie i powstała płyta, którą do dzisiaj da się słuchać. 

Czy warto zapłacić 5 tysięcy za święty spokój 
30 września 2021, czwartek
Zapłać 5 tys. złotych kary za to, żeby twój e-maile i dane nie wyciekły, tak można sobie pomyśleć, czytając: „Główny Urząd Statystyczny w wyniku błędów pracowników ujawnił e-maile kilkuset Polaków ze spisu powszechnego – poinformował na swojej stronie serwis Niebezpiecznik.pl.” Jakby tego było mało, to upubliczniono adresy e-mailowe rachmistrzów.

O scenie hiphopowej sprzed lat

1 października 2021, piątek

Hubert Kęska przesyła mi swoją książkę napisaną z Krzysztofem Kozakiem „Za drinem drin, za kreską kreska. Perypetie hiphopowej wytwórni RRX” Tutaj  >>>. Kozak zaczął buńczucznie: „Gdyby nie ja, Latkowski nie nakręciłby »Blokersów«, a kilku raperów nie dostałoby Fryderyka”.
– Ale nie pisaliście tego po kresce za kreską? – zapytałem przekornie Huberta.
– Od 2003 na czysto. W przypadku obu.
Odpisałem mu: Po szybkiej lekturze. Panegiryk nie powstał, bo ostatnie filmy… To jakieś pomniki, jakby niektórzy hiphopowcy wybierali się na Powązki i po książce spodziewać się można było pozycji klęczącej. 
Kęska odpisał: Rap tak się zmienił… Intrygujące, czy podejdziesz ( w Blokersach 2 – aut.) do tego z perspektywy tej zmiany, nowych/zapomnianych. Czy zupełnie inaczej. Czekam!” Odparłem: Gdyby nie syn, to bym przestał słuchać polskiego hip-hopu/rapu, bo już schodził na dno. Chcesz poznać swego dzieciaka, więc słuchasz tego co on. Zmieniłem zdanie ale… I to ale zostawię na „Blokersów2”. Ważne jest także to, co stało się z pokoleniem po 20 latach. 
Kęska : Ja najpierw nie słuchałem wcale nowego rapu i miałem wyrobione negatywne zdanie. Ale to trochę była ignorancja z mojej strony. Teraz nieco się zagłębiłem. Jest trochę utalentowanych muzycznie osób. Natomiast to już chyba nie jest odrębna kultura. Po prostu jakaś część muzyki.
Może nazbyt złośliwie, dodałem: „Biznes głównie, z tego jeden z obecnych czołowych wydawców bardziej skupia się na handlu winem w sklepie z płytami. Znajomy był zapraszany przez niego na imprezę i myślał, że to w związku z nową płytą któregoś wykonawcy. Przychodzi, a tam degustacja wina”.

Kozak.jpg

Policja przychodzi do dziennikarza po laptopa, czyli bezradność środowiska mediów
2 października 2021, sobota
Z oświadczenie redakcji: „Policja w domu dziennikarza "Wyborczej" to prowokacja i zastraszanie wolnych mediów. Czwórka policjantów - w tym dwoje z bronią i kajdankami - stanęła dziś rano przed drzwiami mieszkania Piotra w Zielonej Górze. Bez żadnego legalnego nakazu ani nawet decyzji podpisanej przez przełożonego, lecz tylko legitymując się, funkcjonariusze zażądali wpuszczenia do środka i oddania sprzętu komputerowego, którego Piotr używa.
Jest to sytuacja bez precedensu, którego funkcjonariusze dopuścili się na polecenie Komendy Stołecznej Policji. Ktoś tam doniósł, że z komputerowego adresu IP zlokalizowanego w mieszkaniu Piotra Bakselerowicza wysyłane są rzekomo groźby karalne wobec posła PiS Jerzego Materny. Komenda Stołeczna Policji doskonale wiedziała, że chodzi o dziennikarza. Akcję przeprowadzono w kilka dni po donosie. (…)
Dziennikarza "Wyborczej" potraktowano bezceremonialnie, z góry jako podejrzanego. Rzetelne organy ścigania powinny postępować zupełnie inaczej. Można było dziennikarza wezwać wcześniej pisemnie na przesłuchanie i próbować zweryfikować, czy są jakiekolwiek podstawy do tak drastycznej decyzji jak zarekwirowanie służbowego sprzętu elektronicznego.
Przede wszystkim należało sprawdzić, czy ktoś mógł korzystać z sieci wifi działającej w mieszkaniu Piotra Bakselerowicza, bo mogłoby to świadczyć, że ktoś wrabia dziennikarza w przestępstwo wysyłania gróźb karalnych. Złamanie zabezpieczeń domowej sieci nie jest szczególnie trudne. Policja doskonale o tym wie.  
Próbę zastraszenia Piotra Bakselerowicza traktujemy jako złamanie chronionej prawem tajemnicy dziennikarskiej – co bez orzeczenia sądu jest nielegalne. Nie ma bowiem najmniejszej gwarancji, że policja czy prokuratura nie dobiorą się do źródeł informacji naszego dziennikarza.”
Na końcu jest apel do poparcia środowiska dziennikarskiego. Słusznie. Choć może to także czas na autorefleksję”, bo na razie to tylko broni się „swoich”. W ten sposób nie ma już jedności tam, gdzie powinna być, pomimo różnic. Skutki? Teraz służby i władza, każda (ta za PO-PSL, wcześniej SLD nie była lepsza), będą wykorzystywać słabość solidarności dziennikarskiej i pozostaje bezradność.
Zaczytuję dziennikarza oświadczenie Piotra Bakselerowicza: Dane w laptopie objęte są tajemnicą dziennikarską. Z tego też powodu jako człowiek nieznający dogłębnie przepisów prawa zdałem się na polecenia przełożonych i adwokata, który zaoferował pomoc prawną. Laptop podobnie jak wcześniej wymieniony sprzęt został zabezpieczony i zabrany przez policję. Nie jestem podejrzany w sprawie ani oskarżony, przesłuchano mnie jedynie w charakterze świadka. Mail z groźbami do posła miał zostać wysłany w minioną środę.
Mam nadzieję, że ta sprawa jak najszybciej się wyjaśni. Nigdy w swoim życiu nie wysyłałem gróźb karalnych do nikogo, w tym polskich parlamentarzystów. Musiałbym być osobą nie tylko pozbawioną kręgosłupa moralnego, lecz także skończonym idiotą, by z domowego adresu IP, którego nie ukrywam (można to zrobić, korzystając z odpowiedniego oprogramowania), wysyłać groźby karalne do kogokolwiek, a już zwłaszcza osób publicznych, w tym przedstawicieli partii rządzącej.”
Niezrozumiały jest dla mnie brak zainteresowania, czy komputery trafiły do tajnej kancelarii w sądzie. Dlaczego nie dokonano binarnej kopii? Itd. Kolejne zaskoczenie to, jak informacja o tym wydarzeniu szybko znikła z jedynek mediów”.

Jak ABW z prokuraturą chciało aresztować "internetowa chmurę", wyrywając laptopa
2 października 2021, sobota
Przypomnę: 18 czerwca, godzina 12.45. To było jak zły sen. Nierzeczywiste. Sylwester Latkowski i Michał Majewski siedzieli w gabinecie redaktora naczelnego i planowali kolejne działania przed zbliżającą się publikacją „Wprost”.Trzy dni wcześniej tygodnik wydrukował pierwsze dwa nagrania z tak zwanej afery podsłuchowej. 
Latkowski odebrał telefon z recepcji „Wprost”:
— Panowie z ABW do ciebie — usłyszał w słuchawce.
— To niech wejdą — odparł spokojnie, jakby nie dotarło do niego, co się zaczyna dziać: ot, przyszedł kolejny interesant.    
        Instynktownie jednak sięgnął po plecak leżący przy biurku. Czuł, że wszystko, co teraz będzie się działo, musi być zarejestrowane. Na przemyślenia przyjdzie czas. Tak sądził. Wy- ciągnął dyktafon, włączył go i wyjaśnił zdezorientowanemu Majewskiemu:
— ABW weszła do redakcji.
W gabinecie zapadła cisza. Czekali, aż recepcjonistka wprowadzi funkcjonariuszy na pierwsze piętro, gdzie mieścił się news- room redakcji.
— A jednak to zrobili — Latkowski pokiwał głową z niedowierzaniem i dodał: — Chcą mieć taśmy.
Nic innego nie mogło ich ściągnąć do redakcji. Od kilku dni redaktorzy czuli, jak gęstniała atmosfera wokół nich i tygodnika. Tylko jak tamci mogli się posunąć do tego? Zdecydować się na taki krok!
— Ale muszą mieć przecież podstawę do tego — rzucił Majewski, którego dopadły podobne myśli. Chwycił za telefon. Wystukał na klawiaturze: „Weszło trzech panów z ABW. Żądają wydania nośników” i opublikował na swoim kanale Twittera.
(...)
— Proszę, żebyśmy stonowali troszkę — kapitan zamienił się nagle w „dobrego policjanta” i uderzył w koncyliacyjny ton: — Może wyjaśnię, o co chodzi. Nie interesują nas państwa komputery.
Naprawdę? Dziennikarzom nie chciało się wierzyć w te słowa. Treść postanowienia temu przeczyła. Czechowicz z ABW jednak ciągnął dalej:
— Interesuje nas wydanie, ewentualnie umożliwienie zgra- nia tego nośnika, na którym dostaliście państwo materiał.
Majewski uśmiechnął się do Latkowskiego. Jak mają wydać internetową „chmurę”, która należy do korporacji Google? Jak oni chcą ją zabezpieczyć? Bo zgranie jej zawartości, owszem, jest możliwe, ale wpierw trzeba wejść na pocztę elektroniczną redaktora naczelnego, czyli poznać nadawcę maila, wpiąć się w jego komputer z zewnętrznym dyskiem i ściągnąć na niego pliki dźwiękowe.
Kapitan ABW nagle sam od siebie dodał, jakby nie wierzył w to, co mówi, przyszedł przecież po coś innego:
— Nie interesują nas dane waszych źródeł informacji. Jedynie sama treść utrwalonego nagrania, które jest wymienione w postanowieniu. I na tym kończymy. Jeżeli pan upoważni prawnika, to pana obecność nie jest konieczna.
„Czyli mam otworzyć komputer i swoją pocztę elektroniczną” — pomyślał Latkowski. „Pokazać konkretnego maila, wystawiając im adresata? Ochrona źródła informacji to święty obowiązek dziennikarza”.
— Muszę wiedzieć, czy my rzeczywiście możemy to wydać. Problemem jest to, że wydanie „tego” może ujawnić źródło informacji. Pan się uśmiecha, ale pan wie przecież, o czym mówimy. Jeżeli żyjemy w państwie prawa, to mam nadzieję, że tego prawa będziemy przestrzegać, zwłaszcza po tym, co akurat się dzieje, to pilnujmy prawa i nie idźmy na skróty. Musimy mieć pewność, że wydanie czegokolwiek nie ujawni źródła informacji, osoby, która nam dostarczyła...
— No tak, ale ja zupełnie nie rozumiem, w jaki sposób — stwierdził kapitan.
— Na przykład: sposób logowania, sposób opisania pliku dźwiękowego, informacje, z jakiego komputera źródło nadało wiadomość. To wszystko jest cyfrowe. Dlatego proponuję jedną rzecz: muszę mieć gwarancję, że nie przyczynię się do ujawnienia informatora. Moim obowiązkiem jest, i to jest zapisane w prawie, nie ujawnić źródła informacji, jeżeli to źródło zastrzegło sobie skorzystanie z prawa do tajemnicy dziennikarskiej. Nie mam prawa tego zrobić. Prawnik może to potwierdzić. Jeżeli się upewnię, że nie zdradzę źródła, nagranie natychmiast wam przekażę, nie chcę przeszkadzać w śledztwie.
— To jest państwa ocena — Czechowicz nie ustępował.
— To jest prawo prasowe — wtrącił prawnik redakcji. 
(…)
Latkowski i Majewski usłyszeli od funkcjonariuszy ABW nie to, co później przedstawiano publicznie. Oto „nośniki” miały trafić do prokuratury, a nie do sądu. Nie wspominano o kancelarii tajnej. Funkcjonariusze ABW nie zapewnili, że tajemnica dziennikarska nie zostanie naruszona.
— Oczekuje pan, żebyśmy wydali pierwszą kopię, nośnik, na którym trafiło to do redakcji? — redaktor naczelny chciał, aby sprecyzowano niejasne żądanie.
— Oczekuję od państwa, żebyście się zastosowali do tego, co jest napisane w postanowieniu — wreszcie z twarzy kapitana zniknął coraz bardziej irytujący uśmiech. — Jeżeli państwo uważacie, i macie uzasadnione obawy, że to w sposób bezsprzeczny identyfikuje wasze źródło, to mówicie to, i tyle.
— Muszę to sprawdzić. Jeżeli ktoś zażądał anonimowości, a tak zrobił, nie mogę tego uczynić. Inaczej złamię prawo, i panowie również łamiecie prawo, zmuszając mnie do tego.
— Dobrze. Pan się spieszy, my też tu nie chcemy siedzieć bez potrzeby. Macie państwo jakiekolwiek przedmioty, które są wymienione w tym postanowieniu?
— Jakie przedmioty?
— Nagrania.
Kapitan Czechowicz nie rozumiał, że nagranie do redakcji trafiło inną drogą, że znajduje się w internetowej „chmurze”. Latkowski nie mógł jednak mu tego powiedzieć w tym momencie. Wcześniej musiał mieć pewność, że informator przesłał link w bezpieczny sposób, ze specjalnego adresu e-mail, musiał się upewnić, czy dane internetowej „chmury” nie zdradzą źródła. Potrzebował na to czasu. Rozmowy ze źródłem. Wystarczyłoby kilka godzin i miałby tę pewność. Funkcjonariuszy ABW jednak to nie interesowało. Latkowski zrezygnowany powiedział,
— Nie odpowiem na żadne pytanie, które umożliwi ujawnienie informatora. Tu nie chodzi nawet o ujawnienie tajemnicy państwowej, co widać z postanowienia, a wy oczekujecie, bym ujawnił de facto źródło. To uczynić może tylko sąd. Niech przyjdzie prokurator, nie ABW. Niech prokurator formalnie to zrobi.
— Ale przepraszam bardzo, co pan ma do funkcjonariuszy? Zostałem zobowiązany przez prokuraturę, na piśmie, żeby wykonać czynność, a pan kwestionuje postanowienie prokuratury.
 — Widzę, że pan nie rozumie, co znaczy prawo prasowe.
— Ja doskonale rozumiem — odparł urażony kapitan. Funkcjonariusze jednak nie mieli pojęcia o procedurze w sytuacji, gdy zachodzi obawa naruszenia tajemnicy dziennikarskiej. Nie byli do tego nawet przygotowani technicznie. Nie mieli sprzętu do zgrywania. Po prostu weszli do redakcji i uznali, że wymachując legitymacjami ABW, uzyskają swoje.
— Wyraźnie proszę o rozmowę z prokuratorem — Latkowski miał nadzieję, że prokurator będzie miał większą znajomość prawa i procedur.
(…)
— Skończy się tak, że wrócę z postanowieniem o przeszukaniu i nie będzie już fajnie – rzucił kapitan ABW.
Latkowski zwrócił uwagę, że Czechowicz nie zapytał, kto z osób wymienionych w postanowieniu jest obecny. Zażądał wskazania osób, które mają nagrania. A to dwie odrębne kwestie. Kapitan się zreflektował, ale miał już dość. Wymagano od niego precyzyjnych pytań, a nie był do tego przyzwyczajony. Zazwyczaj nie musiał się przejmować formą rozmowy i nie natrafiał na taki opór.
— No właśnie, to my po prostu pytamy. Teraz Latkowski mógł odpowiedzieć:
— Z listy osób wymienionych w postanowieniu obecne są teraz dwie osoby.
Redaktor naczelny przyprowadził młodą dziennikarkę, jeszcze uczącą się zawodu. Obawiał się, jak się zachowa w konfrontacji z trójką funkcjonariuszy ABW, więc poinformował ją uspokajająco, że będzie jej towarzyszył prawnik.
Latkowski zwrócił się do funkcjonariuszy:
— Możecie państwo wyjaśnić, dlaczego przy braku ujawnienia tajemnicy państwowej podejmujecie tak radykalne działania, jak wejście do redakcji?
— To jest pytanie do Prokuratury Okręgowej.
— Uważacie, że to nie będzie odebrane jako próba zastraszenia?
— Ja nic nie uważam, ja wykonuję swoją pracę. Co mam zrobić?
— Mogliście przysłać pismo. Można było zrobić to w inny sposób. To jest zastraszanie dziennikarzy. Szykujemy kolejną publikację. Wasz zwierzchnik jest zainteresowany tym, żeby publikacja się nie ukazała.
— Moim zwierzchnikiem jest szef ABW.
— A ABW komu podlega? Sienkiewiczowi przecież.
(…)
Cezary Bielakowski, dziennikarz, był świadkiem telefonicznej rozmowy kapitana Grzegorza Czechowicza z prokuratorem. Zapamiętał ją jako dość żywiołową. Funkcjonariusz nie ukrywał emocji. Bezradny, odpierał żądania swego rozmówcy. Zaczął tłumaczyć mu, że on i jego koledzy już kończą czynności, że nie są od przeszukiwania redakcji, mieli tylko dostarczyć postanowienie i odebrać nośniki. Redakcja jest duża, jest wiele komputerów, w dodatku na dole stoją media. Na końcu powiedział do słuchawki:
— Potrzebujemy wsparcia, nie mamy sprzętu, nawet rękawiczek.
Mijały godziny.
Godzina 22.52. W tym czasie w gabinecie Latkowskiego rozpoczęła się próba sił. Prokurator wydał dyspozycję agentce ABW, aby zabrała redaktorowi naczelnemu laptopa. Agentka ze zdziwieniem zapytała, jak ma to zrobić. Prokurator Gacek nie odpowiedział. W końcu wydał dyspozycję dwóm panom z ABW, aby odebrali Latkowskiemu laptopa siłą.
Funkcjonariusze rzucili się na naczelnego, próbując wyrwać mu komputer. Powalili go na fotel w gabinecie, wykręcali mu ręce i wyłamywali palce.
Wtedy tłum dziennikarzy dosłownie wlał się do gabinetu, przy okazji wyłamując drzwi. Agenci wciąż próbowali wyrywać Latkowskiemu laptopa. Dziennikarze skandowali: „Wycofajcie się”.
Pod wpływem tłumu dziennikarzy agenci odsunęli się od Latkowskiego. Dziennikarze prosili prokuratorów i agentów ABW, aby się wylegitymowali, przedstawili. Filmowali ich twarze. Tymczasem zarówno agenci, jak i prokuratorzy byli w defensywie. Nie odpowiadali, próbowali się wycofać. W gabinecie były już dziesiątki osób, o mało nie doszło tam do tragedii. Latkowski poprosił, aby zostawić funkcjonariuszy w spokoju.
Majewski rzucił do jednego z funkcjonariuszy, z którymi spędził ostatnie kilka godzin:
— Czy o tę tragifarsę wam chodziło?
Dziennikarze zaczęli skandować: „Wolne media, wolne media”. Tuż przed 23.15 funkcjonariusze ABW oraz prokurator Gacek opuścili redakcję. Jeden z funkcjonariuszy zostawił teczkę, w której były przedmioty służące do zabezpieczania miejsc przestępstw.

Rafał Ziemkiewicz persona non grata w Wielkiej Brytanii
2 października 2021, niedziela
Czytam komentarze po zatrzymaniu w sobotę rano Rafała Ziemkiewicza na lotnisku Heathrow. Przyleciał do Anglii wraz z żoną i córką, która zaczyna studia na uniwersytecie w Oxfordzie, na wydziale biochemii. Ręce opadają. Widzę „schadenfreude”, czyli przyjemność czerpania z cudzego nieszczęścia, problemu. Czuć animozje, a nie chłodną analizę – czy Anglicy nie złamali prawa, czy nie wykorzystali prawa przeciwko Ziemkiewiczowi. Szkoda, że Anglicy nie są tak skuteczni we wpuszczaniu do swego kraju agentów służb rosyjskich i terrorystów. Nie wiem, jakim zagrożeniem dla Wielkiej Brytanii jest Ziemkiewicz na inauguracji roku szkolnego swojej córki? Nie przyjechał tam wygłaszać swoich poglądów. Absurd.