Mała Sycylia ma swoje sposoby radzenia sobie z niewygodnymi dziennikarzami

O trójmiejskich prawnikach i sfraternizowanymi z nimi przestępcami, czytam we wstępie do nowej książki Mikołaja Podolskiego "Kryminalne Trójmiasto". Tak, Mała Sycylia ma swoje sposoby radzenia sobie z niewygodnymi dziennikarzami.
Mikołaj Podolski pisze: "Częste nasyłanie prawników na niewygodnych dziennikarzy to jedna z tych reguł rządzących Trójmiastem, która zdecydowanie odróżnia je od reszty kraju. Wielu kolegów z głębi Polski skarżyło mi się na pozwy wysyłane przez pomorskie kancelarie – często za drobnostki. To chichot historii, o ile bowiem pracownicy mediów na Wybrzeżu jeszcze na początku tysiąclecia dostawali od gangusów tradycyjne, kulturalne pogróżki w stylu: „załatwimy cię!” (i dlatego przekazywali sobie wiedzę, jak odpalić samochód, żeby w razie wybuchu bomby wylecieć z niego w bok – nie zapinać pasów i zostawić otwarte drzwi), o tyle w kolejnych latach słyszeli prawie zawsze: „pozwiemy cię!”. Najgorsi zbóje, choćby mieli na swoim koncie najokrutniejsze zbrodnie, nie wstydzili się składać pozwów, często za pośrednictwem prawników o niekoniecznie dobrej sławie. (...)
Wiem, że mój adres próbowało ustalić kilku poważnych przestępców, a jeden znany prawnik z Wybrzeża, wykładowca akademicki związany towarzysko z bardzo bogatymi bandytami, według mojego dobrego źródła chodził po ludziach i szukał porad „jak uciszyć Podolskiego, niekoniecznie w prawny sposób”.
Prawniczy świat Trójmiasta, z którym przy okazji musieliśmy się mierzyć, jest niezwykle interesujący. Na wydziałach prawa w różnych częściach kraju do dziś dyskutuje się o szwindlach popełnionych na początku trzeciego tysiąclecia w Gdańsku podczas rekrutacji na studia prawnicze. Krążą też anegdoty o „pomroczności jasnej”, dzięki której w gdańskim sądzie uniknął kary syn Lecha Wałęsy, gdy spowodował wypadek
pod wpływem alkoholu i uciekł z miejsca zdarzenia, nie udzieliwszy pomocy.
Nieraz opisywałem haniebne decyzje niektórych trójmiejskich sądów. Ale co innego opisywać, a co innego podczas trwania jednego z procesów usłyszeć rzucone mi prosto w twarz przez sędziego słowa, że „zgubiło się” moje pięćdziesięciotrzystronicowe powództwo wzajemne (...)
Po tym wszystkim w wypowiedzi dla TVP rzuciłem, że na Wybrzeżu obowiązuje zupełnie inny system prawny niż w reszcie Polski. Niektórzy mieli do mnie sporo pretensji z powodu tego stwierdzenia, ale nawet po latach nie cofnąłbym tamtych słów."