logo
Konfrontacja

Trudno było przebić się przez ścianę strachu

05.07.2016 18:24
Wczoraj zapadły wyroki. "Człowiek z lasu" został skazany na 25 lat więzienia. Pozostali oskarżeni dostali wyroki - od kilku do kilkunastu lat pozbawienia wolności.

PB296684-2 (1).jpg

Dojazd zastawiony przez więźniarki, uzbrojeni po zęby antyterroryści i 144 pokrzywdzonych. Przed kieleckim sądem okręgowym rozpoczął się proces gangu, który stworzyć miał Leszek K., oskarżony m.in. o zabójstwo i serię napadów na skarżyski Wtórpol. To nał jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych ostatnich lat – od listopada ubiegłego roku za- trzymano ok. 60 osób, a po przesłuchaniu kilkuset świadków zgromadzono ponad 170 tomów akt. Żeby osądzenie było możliwe, prokuratura podzieliła proces na części, a do sądu dotrały już dwa akty oskarżenia.

Trudno się dziwić, bo chociaż na ławie oskarżonych zasiadły w poniedziałek 24 osoby, to samo rozpoczęcie procesu było sporym wyzwaniem logistycznym. 18 oskarżonych jest w zakładach karnych i dowożące ich samochody stały rano w kolejce przed dziedzińcem sądowym. W tym czasie na klatce schodowej kłębiły się rodziny zatrzymanych, żeby chociaż przez okno zobaczyć mężczyzn.

 

Tak Marcin Sztandera opisywał 25 października 2010 roku w kieleckiej „Gazecie Wyborczej” początek procesu gangu Człowieka z Lasu. Prokurator przez ponad trzy godziny odczytywał 350-stronicowy akt oskarżenia.

 

Jako pierwszego oskarżonego wymienił 46-letniego szefa gangu Leszka K., o którym w akcie oskarżenia można przeczytać: „pseudonim Śruta, Boruta, Człowiek z Lasu”, urodzonego w Ciechostowicach, o wykształceniu podstawowym, żonatego, ojca trojga dzieci, z zawodu operatora pieców emalierskich, przed zatrzymaniem niepracującego – bezrobotnego, pobierającego zasiłek dla bezrobotnych w kwocie około 500 złotych, współwłaściciela na zasadach małżeńskiej wspólności majątkowej gospodarstwa rolnego o powierzch- ni 3,56 ha. Wcześniej był już skazany, za wymuszenie, na karę 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Aresztowano go 6 listopada 2010 roku i osadzono w celi dla niebezpiecznych przestępców.

 

To on miał zabić właściciela dyskoteki w Stąporkowie, Tomasza Piętka, posługując się bronią palną kaliber 12 mm, ze skróconą samodziałową lufą, tak zwanym obrzynem, oddając jeden strzał przy użyciu naboju myśliwskiego.

 

To on miał co najmniej od 2000 do 2009 roku w Skarżysku-Kamiennej, Radomiu, Końskich, Stąporkowie, Szydłowcu, Ciechostowicach kierować zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym, zajmującą się kradzieżami samochodów, napadami rabunkowymi, wymuszaniem haraczy, podpalaniem mienia, handlem bronią i narkotykami.

 

Wczoraj zapadły nieprawomocne wyroki. "Człowiek z lasu" został skazany na 25 lat więzienia. Pozostali oskarżeni dostali wyroki - od kilku do kilkunastu lat pozbawienia wolności.

 

Żona Człowieka z Lasu

 

Kolejne procesy odbywały się już w spokojniejszej atmosferze, bez udziału mediów. Za każdym razem przyjeżdżała na nie żona Człowieka z Lasu. Kiedy ją mijałałem przed wejściem do sądu, spoglądała na mnie z nieukrywaną wrogością. Nie chciała rozmawiać. Na jej temat mam mało informacji. Prowadzi sklep dla hodowców gołębi w Szydłowcu.

– Ona gra swoją rolę – mówi o cer operacyjny policji. – Przy zatrzymaniu cały czas była za mężem. Kiedy on siedział, jeździła do niego na widzenia, jest obecna na każdym procesie. Kiedy w jej sklepie dla gołębi założyliśmy technikę, była bardzo czujna. Pilnuje się, ma świadomość, że się nią interesujemy. Uważa w czasie rozmów. Potrafiłła nas wiele wyprowadzić w pole. Sprawdzała, czy jej nie śledzimy. To nie była kobieta zagubiona, niewiedząca, jak się ma zachować. Zniknął jej mąż i ktoś się musiał zająć jego interesami. W środowisku jest właśnie kontakt na sklep. Ktoś, kto był zobowiązany do płacenia – haracze, lichwa na piętnaście procent miesięcznie – tam pieniądze kieruje. To jest, niestety, tylko wiedza operacyjna. Te osoby nie chcą nic powiedzieć do protokołu, żeby potem nie można było tego użyć procesowo.

 

Nie prowadził rozmów przez telefon

 

Kajtek, główny świadek oskarżenia: – Człowiek z Lasu praktycznie nie prowadził żad- nych rozmów przez telefon. W jego domu nie było zasięgu na komórkę. Zasięg był tylko w pokoju córek na piętrze, i to bardzo słaby. On przez telefon wydawał jedynie krótkie polecenia: „Podjedź tutaj”, „Bądź tam”. Bał się podsłuchu na telefonie stacjonarnym i dlatego nigdy niczego przez ten telefon nie uzgadniał. Kiedyś dowiedział się, że podsłuchuje go policjant z Krakowa, nazywaliśmy go Bęben. Nie wiem skąd, ale się do- wiedział. Ten policjant zatrzymał go w 2001 roku do sprawy napadu na hurtownię w Miechowie. Ale nic mu za to nie zrobili.

 

Nie ufali policji

 

Policjant operacyjny, oznaczam go numerem 1, należał do grupy rozpracowującej gang Człowieka z Lasu. Zrównoważo- ny, ważący słowa, spokojnie opowiada:

 

– Zgłosił się do mnie człowiek. Po pięciodniowym urabianiu, przesiedzeniu kilku długich godzin w samochodzie, uspo- kajaniu i zapewnianiu, że nic mu nie grozi, że się nim zajmiemy, zgodził się zeznawać. Pokazał skatowane plecy. To było to, na co ja czekałem. I co ciekawe, ten człowiek także nie był stąd. Może to też ułatwiło mu podjęcie decyzji, żeby zeznawać? Potem do- szły zeznania Kajtka i to wszystko się uzupełniło.

 

Uzyskanie kontaktu z innym o cerem policji, który również uczestniczył w śledztwie, zajmuje mi trochę czasu. Od razu zaznaczył, że nie powie wszystkiego, co wie.

– To była ściana, przez którą nie można było się przebić. Ściana ludzkiego strachu. Mieliśmy dużo informacji  o ludziach zastraszanych, naliczanych, podpalonych samo- chodach. Docierałem do nich, rozmawiali ze mną, ale pod warunkiem, że nic do protokołu nie powiedzą. Ten strach i bezwzględność budowały pozycję Człowieka z Lasu. Potra ł wziąć karabin i zycznie wyeliminować swojego przeciwnika, podpalał, podkładał bomby.

– A nieufność wobec policji i prokuratury? – pytam.

– Tak, to było najtrudniejsze, uwiarygodnić się, że nie jest się stąd, że jest się poza wszelkimi lokalnymi układami. Lu- dzie, którzy się otwierali, wskazywali, że ten zna tego, a ten tamtego. Bali się policji tak samo jak bandytów.

– Jak na niego wpadliście?

– Dla mnie jego sprawa zaczęła się w 2007 roku, kiedy płonął Wtórpol. Tu wyszło, że córki Człowieka z Lasu były za- trudnione we Wtórpolu. Był jakiś konflikt, bo one się nosiły jak księżniczki, a nie jak pracownice. Panie do brania ZUS-u od Wojteczka, a nie do świadczenia pracy. Zwolniono je i wte- dy ostrzelano dom kierownika Wtórpolu.

– To jak to możliwe, że to właściciel Wtórpolu był przez was ścigany?

– Rzeczywiście, tę sprawę prowadziliśmy dwutorowo. Czuliśmy, że w Wojteczkach nie mieliśmy partnera. Komuś, komu powinno zależeć na wyeliminowaniu Człowieka z Lasu, jakby na tym nie zależało, nie współpracował z nami. A jednocześnie napłynęły materiały operacyjne, szereg informacji...

– To, że na przykład pracował u nich Marek Ungier? Miał mieć swój pokój we Wtórpolu?

– To też – potwierdza.

– To jest informacja nieprawdziwa, która do dzisiaj jest rozpowszechniana, także przez policjantów.

– Być może ma pan rację, że było to sterowane przez kogoś, komu mogło zależeć na tym, żeby skierować podejrzenia na Wojteczków i mniej energii poświęcać właściwemu kierunkowi śledztwa.

– Oni nie ufali policji, wiedzieli, jaka jest policja w ich mieście. Przesłuchiwał go między innymi członek rodziny osoby, która teraz siedzi na ławie oskarżonych. Miał prawo się bać i odmawiać współpracy. Nie wiedział, który policjant jest uczciwy, a który sprzedaje.

– Sam byłem świadkiem, kiedy to mówił... Przyzna- ję mu rację. Ale niech pan zrozumie policjanta, mnie... Co mam zrobić, kiedy osoba jest tak nieufna, że wprowadza nas w błąd... Zaczynamy także ją sprawdzać...

Milknie i po chwili wyznaje:

– Naciski były z różnych stron, i to wielkie.

 

Fragmenty książki „Człowiek z Lasu”, wydawnictwo Czarna Owca, 2014

E-book do nabycia w wydawnictwie Czarna Owca >>>

 

Książka

Sylwester Latkowski jest reżyserem, scenarzystą, dziennikarzem, producentem filmów; autorem filmów i książek.