Mówicie teraz ludziom, którzy od miesięcy obserwują sprawę Olewnika, że to było zwykłe porwanie, politycy nie maczali w nim palców, a rodzina też nie jest bez winy, bo gdyby zapłaciła okup wcześniej, być może Krzysztof Olewnik by żył.
Bardzo pani ten przekaz uprościła, ale prawdą jest, że chcieliśmy spuścić powietrze z tego napompowanego balonu i przedstawić fakty. Druga sprawa: daliśmy głos oskarżonym i zaszczutym w tej sprawie, których pozbawiono prawa obrony. Nie wszyscy _- przynajmniej naszym zdaniem - są winni, bo działali w dobrej wierze. Ale potem stali się ofiarami ogólnopolskiej nagonki i ambicji tych, którzy chcieli na tej sprawie coś dla siebie ugrać.
A takich nie brakowało. Począwszy od różnej maści detektywów niby to zaangażowanych w poszukiwania Olewnika, skończywszy na politykach, którzy chcieli zbić na tej historii swój kapitał.
Politycy Prawa i Sprawiedliwości wypowiadali się o Olewniku często i chętnie, bo wyczuli, że ta sprawa może być pocałunkiem śmierci dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W tle fachowcy szykowali zemstę na gen. Adamie Rapackim, którego próbowano oskarżać o zlekceważenie porwania Olewnika. Komisja śledcza to przecież także forma lansu dla tych, którzy w niej zasiadają. Więc promowanie się na Olewniku wciąż trwa.
Pan nie był zwolennikiem powołania tej komisji?
Nie, bo moim zdaniem nie popchnie do przodu tej sprawy. Na całe szczęście komisji przewodniczy Marek Biernacki, którego cenię i uważam za człowieka uczciwego. Dogadali się z Wassermanem i nie ma na komisji tych żenujących awantur, które były udziałem wszystkich poprzednich. Wiem też, że Biernackiemu zależy na zbadaniu mechanizmów, które doprowadziły do tak haniebnych zaniechań i zaniedbań w czasie prowadzonego śledztwa, a potem przełożenie tego na konkretne zmiany przepisów tak, by do takiej sytuacji już więcej nie dopuścić.
Ale na wykrycie zleceniodawców porwania i zabójstwa chyba nie ma co liczyć? Piszecie Panowie, że takich zleceniodawców w ogóle nie było. Ot, kilku opryszków postanowiło zarobić, porywając syna biznesmena.
Tak uważam. Chociaż, moim zdaniem, nie wszyscy winni zasiedli na ławie oskarżonych. Jestem przekonany, że Wojciech Franiewski, herszt grupy, musiał współpracować z jakimś gangiem w czasie przejmowania okupu, bo sam nie miał żadnego doświadczenia w tej kwestii. Ale nie ma tu, jak chcieliby niektórzy, wielkich polityków pociągających za sznurki. Są za to karygodne zaniedbania na etapie śledztwa, a potem zacieranie przez policjantów i prokuratorów błędów swoich kolegów. I mam nadzieję, że komisja te wszystkie wątki wyjaśni.
Ale w swojej książce daje Pan głos policjantowi Wojciechowi Kęsickiemu, przyjacielowi domu Olewników, potem oskarżanemu przez nich o zaniechania w śledztwie. Drukujecie też list Jacka Krupińskiego, przyjaciela Krzysztofa, oskarżanego o współpracę z bandytami.
Uważam, że mają oni prawo opowiedzenia swojej wersji wydarzeń. Wojciech Kęsicki opowiada o tym, jak przejechał 15 tys. km, próbując się czegoś dowiedzieć o Olewniku, jak pomagał jego rodzinie. Czuje rozgorycznie i ja to rozumiem. Przyjaciel Krzysztofa Jacek Krupiński także zarzeka się, że nie miał nic wspólnego z tym porwaniem, a Krzysztof był dla niego jak brat. Nie do końca mu ufam. Rodzina Olewników nie ufa mu wcale. Mają do tego prawo. Mają zresztą prawo do wszystkich błędów, jakie popełnili w czasie poszukiwań Krzysztofa.
A popełnili? W książce wystrzegacie się komentarzy, ale Olewnikowie nie są w niej przedstawieni jak rodzina bez skazy. Jeden z bohaterów mówi nawet, że gdyby zapłacili okup wcześniej, a nie targowali się z przestępcami, Krzysztof by żył.
Rodzina Olewników bardzo często używała mediów, aby uzyskać oczekiwany dla siebie efekt w takiej czy innej kwestii. Każdy rozumiał ich ból, podzielał determinację. Ale my, dziennikarze, nie możemy przecież oszukiwać odbiorców. Jeżeli policjanci podejrzewali, że Olewnik sam się uprowadził, to mieli do tego podstawy. My przedstawiliśmy tylko fakty, a fakty są takie, że między Krzysztofem i jego ojcem dochodziło do spięć, że Krzysztof miał wiele kochanek, także mężatek, że nie był, jak żaden z nas, ideałem. Ale to była kochająca się rodzina. Nie wiem, co by było, gdyby zapłacili okup wcześniej. Być może Krzysztof by żył, ale żyłby na pewno, gdyby śledczy inaczej prowadzili śledztwo.
Krzysztof Olewnik nie był ofiarą spisku, Z Sylwestrem Latkowskim, współautorem książki "Śmierć za 300 tysięcy", rozmawia Dorota Kowalska, Polska The Times, 30 czerwca 2009 |