Przy pierwszej kawie obejrzałem orędzie prezydenta. W między czasie zajrzałem na portale internetowe. A tam czytam „Utracona cześć Kataryny” Cezarego Michalskiego. Piszę do Kataryny, otrzymuję od razu odpowiedź. Dopiero później zaglądam na jej bloga i czytam inne strony. Robię drugą kawę. Znajduję artykuł Sylwi Czubkowskiej i Roberta Zielińskiego – „Wiemy kim jest kataryna” (Dziennik). Wypijam maślankę, swoje śniadanie. Minister finansów Jan Vincent Rostowski przemawia z mównicy sejmowej, a posłowie patrzą na zegarki, stają się coraz bardziej niecierpliwi – o tej porze to oni zawsze wyjeżdżają do domu, a on gada i gada. Przy tym kto z nich rozumie co oznacza „pół procenta wzrostu PKB” (PKB = produkcja globalna kraju - zużycie pośrednie = suma wartości dodanej ze wszystkich gałęzi gospodarki narodowej.). Więc siedzą na sali, ale w dłoniach rozgrzewają się telefony, krążą sms-y. A wracając do Kataryny, ma duży problem, bo znając media wie, że teraz prześwietlona zostanie jej fundacja. A to nigdy nie jest miłe. A jeśli minister sprawiedliwości Andrzej Czuma jest pamiętliwy, zainteresują się fundacją służby kontrolne państwa. Trzecia kawa. Sprawa Kataryny to wyznaczanie granic anonimowości w internecie, granic wolności słowa. Blog Kataryny w obecnym kształcie nie będzie już możliwy, anonimowość dawała jej gwarancje „nietykalności”, utraciła je dzisiaj. Racje ma Piotr Zaremba (Dziennik) pisząc: "Z drugiej strony wszakże, skoro Polska jest krajem dość ułomnej i pacyfikowanej przez sędziów wolności słowa, taka anonimowość może być dla kogoś błogosławieństwem.” Szkoda, że jej blog nie będzie już taki sam… |