|
W sprawie zabójstwa generała Marka Papały już od pierwszych minut nie wszystko odbywało się tak, jak powinno.
Zbigniew Matwiej był zastępcą rzecznika prasowego Komendy Głównej Policji. Pamięta, że wrócił z pracy. Przygotowywał się do snu. Po dwudziestej drugiej zadzwonił oficer dyżurny z Komendy Głównej Policji.
- Słuchaj, Zbyszek, zginął Papała. - Uznałem, że to ponury żart. Dyżurny powtarzał mi to trzykrotnie, zanim uwierzyłem, że doszło do dramatu. Zaczęli wydzwaniać dziennikarze. Pojechałem do komendy. Wbiegłem na drugie piętro do komendanta głównego. W gabinecie był też generał Wachowski. Tych dwóch pamiętam, inni wchodzili i wychodzili. Wszyscy zaskoczeni. Komendanci nie potrafili usiedzieć w jednym miejscu.
Pojechałem na miejsce. Zastałem tam bardzo dużo ludzi. Kręcili się wszędzie. Policjanci, dziennikarze, politycy. Widziałem ministra Budnika, komendanta stołecznego Otrębskiego, jego zastępców. Policjantów z Komendy Głównej Policji. Romana Kurnika, Leszka Millera. Kłębowisko ludzi.
- Nie zastanawiało cię, po co oni tam przyszli? – pytam.
- Byłem zdziwiony. Ale miałem inne problemy na głowie. Był niesamowity bałagan. Tego nie ukrywam.
- Politycy tak sobie po ...
|