menuline menuline menuline menuline menuline menuline
Wyszukiwarka

Wreszie Zbigniew Zioro powiedział prawdę 27-06-2008 19:21
Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wyjaśnił, dlaczego nie używano służbowych telefonów, a na karty pre-paid.  Tłumaczy Magdalenie Rubaj z "Dziennika": "Trzeba było zachować najwyższe standardy bezpieczeństwa, bo nasze państwo kontroluje podsłuchy w bardzo ograniczonym zakresie(...) Podkreślam, nasze państwo ma bardzo ograniczoną możliwość kontroli ewentualnych nielegalnych podsłuchów"

(2) komentarzy / skomentuj

Przecież nie było nielegalnych podsłuchów 26-06-2008 15:57
Kto dzisiaj pamięta publiczne wypowiedzi decydentów wymiaru sprawiedliwości, polityków, zapewniających, że istnieją tylko legalne podsłuchy, że osoby mówiące o podsłuchach cierpią na manie prześladowczą? Trywializowano ten problem. Wyśmiewano.

Dzisiaj okazuje się jednak, że zaprzeczający temu sami nie wierzyli w swoje słowa. Nie wierzyli, że w Polsce można być wyłącznie legalnie podsłuchiwanym. Nie wierzyli nawet własnym służbom.

Maciej Duda (Newsweek.pl) pisze: „Była szefowa warszawskiej Prokuratury Okręgowej latem 2007 r. dostała specjalny telefon do szyfrowanych rozmów z najważniejszymi osobami w rządzie PiS(…)

Prowadzący sprawę przecieku śledczy i funkcjonariusze ABW i CBA mieli informację, że sami mogą być rozpracowywani przez policyjne Centralne Biuro Śledcze, którym kierował Jarosław Marzec, protegowany Kaczmarka. Dlatego zdecydowali, że będą się porozumiewać przez specjalne, szyfrowane telefony.

- Owszem miałam taki telefon, ale nie był on szyfrowany - mówi serwisowi Newsweek.pl Elżbieta Janicka. To był telefon na karte pre-paid. Używaliśmy takich telefonów bo mieliśmy uzasadnione podejrzenia, że jesteśmy podsłuchiwani - potwierdza prokurator Janicka."
(2) komentarzy / skomentuj

Politycy obiecywali co innego. Wiedzieli jednak, że nikt ich nie rozliczy. 26-06-2008 11:24
"Władze irackie - jak doniosła Agence France Press - ogłosiły w niedzielę, że zawarły kontrakty z 41 zagranicznymi firmami na wydobycie ropy naftowej na północy i południu kraju - pisze Jarosław Jakimczyk dla Money.pl. - Oznacza to powrót do Iraku zagranicznych koncernów w 36 lat po wyrzuceniu ich przez Saddama Husajna. Nie ma wśród nich jednak ani jednej firmy z Polski(...)

Iracka administracja wybrała 35 międzynarodowych koncernów przyznając im koncesje na eksploatację pól naftowych.

Z punktu widzenia polskiego interesu narodowego liczy się szczególnie to, że kontrakty z ministerstwem ropy podpisało też 6 narodowych kompanii naftowych z Algierii, Angoli, Pakistanu, Tajlandii, Turcji i Wietnamu. Wśród firm, które uzyskały dostęp złóż roponośnych w Iraku nie ma natomiast ani jednego podmiotu znad Wisły.

Jest to tym bardziej zdumiewające, że żaden z szóstki wymienionych krajów nie brał udziału w trwającej od wiosny 2003 r. operacji wojskowej Iraqi Freedom, podczas gdy Wojsko Polskie uczestniczy w niej od samego początku ponosząc straty w ludziach (21 zabitych i 1 zmarły na posterunku)."
(3) komentarzy / skomentuj

Tajny motyw i rozgrywki polityków 25-06-2008 17:42
Bilans dziesięciu lat śledztwa w sprawie zabójstwa generała Marka Papały, to brak aktów oskarżenia i nieudolnie sporządzony wniosek ekstradycyjny, zakończony przegraną w amerykańskim sądzie.

Dzisiaj na konferencji prasowej wiceprokurator generalny Jerzy Szymański, dorzucił do tego przełomową wiadomość, że śledczy posiadają informacje, na podstawie których można określić motyw zbrodni, odmówił jednak podania szczegółów.

Nic nie wspomniał o tym, że na początku 2008 roku powołano grupę analityków policyjnych. Nie zgodzono się jednak na stworzenie w policji i prokuraturze, niezależnej od istniejącej obecnie, nowej grupy dochodzeniowej, któryby zweryfikowała dowody, na nowo przesłuchałaby świadków. Sprawdziłaby inne wątki.

Dlaczego?

Jak wyjawił mi jeden z obecnych decydentów. przestraszono się, że obecna prokuratorsko-policyjna grupa „rzuci papierami”, a z ich dymisji „opozycja uczyni spektakl polityczny."
(1) komentarzy / skomentuj

Prokuratorzy to zawistni ludzie 18-06-2008 11:42
Według Elżbiety Janickiej, byłej szefowej prokuratury okręgowej w Warszawie, przesłuchiwanej przez sejmową komisję śledczą do spraw nacisków, "w prokuraturze nic nie może zdziwić".

"Prokuratorzy to zawistni ludzie", część z nich działa z niskich pobudek. To spiskowcy .Chodzi im o to by zasiąść w fotelu w „zielonym gabinecie”. "O stanowisko i tytuł". „Nie ważne jak krótko, ale ważne, że w kwitach byłem prokuratorem okręgowym”.

Prokuratorzy to płochliwe istoty, które z przerażenia "zamykają się w swoich pokojach".

W prokuraturze panuje mobbing, zwany "psychotechniką": "Raz przysłała do mnie smsa wieczorem i nie odpisałam i była za to awantura." Te awantury trudno było przeżyć. "Nie sądzę, żeby ktoś miał odwagę zadzwonić do szefowej. Szefowej Kowalskiej się bano.(…) Trudno uwierzyć w to do czego zdolni są prokuratorzy"

„Takie to jest środowisko, nic na to nie poradzę."
(1) komentarzy / skomentuj

Czy jaskółka nadal lata? 17-06-2008 13:37
"ABW używało w tym czasie specjalnego pojazdu, nazywanego jaskółką, wyposażonego w najnowszej generacji aparaturę potrafiącą podsłuchiwać wybrane numery telefoniczne. Jaskółka była (jest nadal?) używana poza oficjalną procedurą, podsłuchiwała bez zgody sądu, a nagrane przez nią rozmowy nie trafiały do akt prowadzonych spraw. Miała dawać funkcjonariuszom wiedzę operacyjną, a nie procesową. Paradoks polega na tym, że dzisiaj emocje dotyczą podsłuchów zakładanych zgodnie z prawem i pod pełną kontrolą (czynności prowadzone przez CBŚ), a nie całkowicie wyjętych spod kontroli operacji dokonywanych przez ABW, za pomocą m.in. jaskółki" (Piotr Pytlakowski, "Gra w Marca," Polityka 16 czerwca 2008)

(3) komentarzy / skomentuj

Sytuacja zaczyna normalnieć? Poranna rozmowa na skypie... 14-06-2008 11:56
Sylwester:  zdałem sobie sprawę, że od dwóch lat żyję w odpychającym świecie... patrzenie poprzez niego na rzeczywistość staje sie nieznośne... pęka też wiara, że może być inaczej...
R: jednak może, jesli spojrzeć na to wszystko z perspektywy ostatnich dziesięciu lat, to chyba jednak, choć z ogromnymi kłopotami, sytuacja zaczyna normalnieć.

Sylwester: nie wiem
R: może to wszystko idealizuję; ale mam wrażenie, że sztama między światem policyjnym a gangsterskim nie może być już tak silna jak jeszcze niedawno, a media publikują na ten temat nieco więcej informacji
Sylwester: niestety nikt z esbeckiej mafii nie czuje sie zagrożony, pomimo że upływa czas, więcej, nadal czują się dobrze...wprowadzili w swoje interesy rodziny... i niby teraz ma być inaczej, skoro w zdegenerowany sposób kolejne pokolenie coś dostało? Obok mnie mieszka kilku takich następców tatusiów... Kiedyś nie kojarzyłem, dlaczego patrzą na mnie dziwnym wzrokiem, potem okazało się, kim oni są...
R: to prawda; ta świadomość bywa co najmniej bulwersująca. jeszcze wyraźniej widać to poza warszawą. czsem spotykam (...)kolegów z podziemia z małych ośrodków. nie dość, że w latach 70. i 80. zakres represji w stosunku do nich był znacznie większy niż w Warszawie, to jeszcze teraz spotykają swych dawnych prześladowców opływających w dostatki; a  oni sami mają kiepskie pensje albo głodowe emerytury. stąd ich frustracja. nie podzielam ich fascynacji pisem, ale psychologicznie mogę zrozumieć taką postawę
(8) komentarzy / skomentuj

Wyścig nazywany wolnością 13-06-2008 21:32
Powieść Pawła Huelle "Ostatnia Wieczerza" jest jedną z 20 książek nominowanych do Nagrody Literackiej "Nike." Marek Radziwon pisze w Gazecie Wyborczej w recenzji "Wyścig nazywany wolnością":
"Osią fabuły jest wydarzenie realne: Mateusz, znany gdański malarz, chce, żeby grupa dawnych przyjaciół wzięła udział w jego akcji artystycznej - mają pozować do nowego przedstawienia Ostatniej Wieczerzy. Taki obraz istotnie powstał przed kilku laty. Kto chciałby się doszukiwać pierwowzorów niektórych postaci z powieści Huellego, mógłby to bez kłopotu zrobić(...)

"Ostatnia Wieczerza" opowiada o losach pewnego pokolenia - zgranej paczki młodych, ambitnych artystów i intelektualistów, którzy w młodości oddawali się pijaństwu, bezkompromisowym dyskusjom o sztuce i ponownie pijaństwu. Dzisiaj, po mniej więcej ćwierćwieczu, wiemy, że ich losy potoczyły się różnie. To jedno popołudnie, kiedy wszyscy bohaterowie próbują się przebić na umówione spotkanie przez zakorkowane miasto, jest jak gorzki rachunek sumienia. Huelle unika jednak tonu serio. Przeciwnie - nie stroni od satyry(...)

"Ostatnia Wieczerza" mówi więc o końcu złudzeń, o marzeniach i planach zmarnowanych na własne życzenie, o szlachetnych ludziach, którzy z czasem gorzknieją i powoli, powoli, grzęzną w byle jakim życiu. Siemaszko, jeden z tych współczesnych apostołów powiada w pewnym momencie: "czym jest dar wolności (...). Jak najwięcej rzeczy i doznań w jak najkrótszym czasie za jak najmniejsze pieniądze. (...) Mąż? Kochanek? Dzieci? Szef działu w firmie? Emerytalny fundusz? Kredyt hipoteczny? Wolne żarty. (...) wyścig, który powszechnie nazywany jest wolnością".
(0) komentarzy / skomentuj

Barnina, Maziuk, Franiewski... Kto naprawdę ich powiesił? 11-06-2008 11:12
W dzisiejszej Gazecie Wyborczej reportaż  Huberta Woźniaka, Bogdana Wróblewskiego "Bandyta pod ochroną?" poświęcony Wojciechowi Franiewskiemu, porywaczowi i zabójcy Krzysztofa Olewnika.

Autorzy  przytaczają  fragment ekspertyzy biegłego, który powinien skłaniać do refleksji nad śmiercią Franiewskiego w celi numer 11 aresztu śledczego w Olsztynie.

Biegły o śmierci Franiewskiego napisał: "Sposób przeprowadzenia samobójstwa świadczy o świetnej znajomości anatomii człowieka. Pętla posiadała zawiązane dwa supły (praktyka niespotykana). Powodowało to uciśnięcie tętnic przez co osadzony w pierwszej kolejności stracił przytomność, a następnie osunął się o dwa, trzy centymetry. To powodowało zaciśnięcie pętli i jego uduszenie. Osadzony w ten sposób uniknął reakcji obronnych - nie szamotał się".

Dodajmy do tego,  że w  moczu zmarłego znajdowały się śladowe ilości alkoholu i amfetaminy.  Wcześniej Franiewski skarżył się w listach, że coś mu podsypują do jedzenia.  Samo porwanie nie mogło być wykonane tylko przez osoby, które prokuratura oskarżyła. Ktoś musiał jeszcze za nimi stać, wspierać porywaczy. Portret osobowościowy zabójcy Krzysztofa Olewnika każe raczej oczekiwać innego zachowania niż popełnianie samobójstwa w pilnie strzeżonej celi.

Zbyt wiele jest wątpliwości w tej sprawie, ale Marek Staszak, prokurator krajowy swoje wie: - Wersja samobójczej śmierci, bez udziału osób trzecich, jest najbardziej prawdopodobna – mówi dziennikarzom.

"Franiewski z trudem - bo wcześnie zaczął kraść - wyuczył się na ślusarza. Jego uniwersytetem były więzienia. Czy uczą w nich anatomii? Może."
(1) komentarzy / skomentuj

Na marginesie przesłuchań sejmowych komisji śledczych: Tajemnica państwowa to narzędzie ignorantów 10-06-2008 11:02
"Decyzja w sprawie bomby wodorowej została podjęta przy drzwiach zamkniętych, bez publicznej debaty(...), bez uczciwej oceny skutków. Tajemnica państwowa stała się narzędziem polityki ignorantów." („Amerykański Prometeusz”  Kai  Bird, Martin J. Sherwin)

(2) komentarzy / skomentuj

Kto naprawdę go zabił? 09-06-2008 12:02
W 2005 roku ukazała się książka Wojciecha Sumlińskiego "Kto naprawdę go zabił” wydana przez Rosner & Wspólnicy, wydawcę, który zdecydował się wydać także moją książkę „Zabić Papałę”. Sumliński podważył to, co od lat sądzono o tej sprawie. To za jego sprawą ukazał się film dokumentalny w telewizji „Polsat” (Łukasz Kurtz, Mirosław Majeran), obszerny artykuł w tygodniku „Wprost”, potem dwa programy „Konfrontacja” (których byłem współautorem).

Dzisiaj ponownie w "Superwizjerze" powrócono do tematu śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Zobaczyliśmy nowe ujęcie tego, co przedstawił w swojej książce Wojciech Sumliński, przytaczając ustalenia śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Burzą mit Waldemara Chrostowskiego. Tym samym Przemek Witkowski i Piotr Litka z TVN stali się następnymi, jak i pozostała reszta, oszołomami, którzy mają czelność podważać raz ustaloną przez SB (proces Toruński to była farsa)  prawdę o tamtej zbrodni.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zapowiedź programu Konfrontacja z 2005 roku: Wierni zapalający znicze przy grobie księdza Jerzego Popiełuszki są do dziś przekonani, że zginął on 19 października 1984 roku, a wszyscy bezpośredni sprawcy tej zbrodni zostali osądzeni. Tymczasem dokumenty i relacje świadków zebrane przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego z lubelskiego oddziału IPN - do których dotarliśmy – jednoznacznie wskazują, że było inaczej. Wynika z nich, że wszystko, co do tej pory było wiadomo o zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce, poza miejscem i datą uprowadzenia, jest kłamstwem.

W naszych publikacjach ujawniliśmy, że w IPN znajdują się materiały, nie tylko obszerne, ale też doskonale udokumentowane, które zmieniają dotychczasową wiedzę o okolicznościach tej zbrodni (m. in. o roli jej jedynego „świadka”, Waldemara Chrostowskiego), a także o jej zleceniodawcach i nadzorcach. Mimo dowodów zebranych przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego po odebraniu mu sprawy i przekazaniu jej do Katowic śledztwo utknęło w martwym punkcie. Milczenie wokół nowych faktów dotyczących tej zbrodni i okoliczności odebrania sprawy Witkowskiemu było tym bardziej zastanawiające, że nowy gospodarz śledztwa, prokurator Przemysław Piątek, przez ostatni rok nie zrobił nic, by popchnąć sprawę do przodu.

Kto naprawdę go zabił? - Konfrontacja TVP2: 2005-11-09
Kto naprawdę go zabił? cz. 2 - Konfrontacja TVP2 : 2006-01-09
W programie wystąpili m.in:Zbigniew Wasserman - inicjator śledztwa w sprawie związku przestępczego w MSW, Andrzej Witkowski - prokurator IPN, który dotad miał wydany zakaz wypowiadania się dla mediów, prof. Mirosław Piotrkowski - KUL w Lublinie, Wojciech Sumliński - dziennikarz, współpracownik Wprost, W felietonach: prof. Witold Klesza - V-ce prezes IPN,Leszek Pietrzak - IPN, Lublin, Janusz Kurtyka - prezes IPN.

Program można obejrzeć na stronach itvp.pl:
http://www.itvp.pl/video.html?channel_id=499&site_id=611&genre_id=503&form_id=473&video=16983
http://www.itvp.pl/video.html?channel_id=499&site_id=611&genre_id=503&form_id=473&video=16185
(5) komentarzy / skomentuj

Walencja, Pekin 07-06-2008 23:03
Maciej w Hiszpanii. Może jesienią tego roku będziemy tam razem z ekipą filmową, gdy dojdzie do zaprezentowania publiczności jego „Ostatniej Wieczerzy”.  Dokumentacja, wstępny scenariusz do filmu zakończony. Teraz oczekiwanie na możliwość rozpoczęcia  zdjęć.  Być może postawiłem za wysoką poprzeczkę realizacyjną. Ale nie sądzę by pójście na kompromis jest być albo nie być tego projektu.


Leszek wrócił z Pekinu. Nie zagrał tam żadnego koncertu, zostały odwołane w związku z żałobą narodową. Czekam na jego mszę, kompozycję, o której pisze na swojej stronie, że jest „na chór mieszany, fortepian, instrumenty perkusyjne i czelestę. Pozostają do wykonania prace montażowe, zmiksowanie całego materiały oraz mastering. W dwóch częściach mszy wystąpił Zohar Fresco. Utwór ten został napisany na zamówienie Akademickiego Chóru Uniwersytetu Gdańskiego.” Zamierzamy także wykorzystać ją na soundtracku filmu.

Dzisiaj oddech od redakcji wydawniczej książki „Zabić Papałę.” W przyszłym tygodniu powinien być już znany termin ukazania się książki w księgarniach. Powracam do lektury biografii Roberta Oppenheimera - „Amerykańskiego Prometeusza. ”  Kai  Bird, Martin J. Sherwin pracowali nad nią przez 25 lat. Czymże jest przy tym moja ponad dwu letnia praca nad filmem i książką o sprawie zabójstwa generała Maraka Papały, a teraz kilkumiesięczne oczekiwanie na zdjęcia do "Ostatniej Wieczerzy"?
(1) komentarzy / skomentuj

Notatka służbowa oficera SB 04-06-2008 23:26
S. Grażyna przypuszczała, że spotka M. Piotra i jego  żonę w kabarecie „Sexorama,” gdzie osoby te produkowały się na scenie w repertuarze sexy(wg.posiadanych przez nią danych.”)
(0) komentarzy / skomentuj

Zestaw IPN-owski 04-06-2008 18:15
Przed wejściem do czytelni IPN kilka mocnych kaw i tabletka antyalergiczna, po wyjściu szklanka whisky.
(6) komentarzy / skomentuj

Koledzy patrzą dzisiaj na mnie krzywym wzrokiem 03-06-2008 21:39
Starszy mężczyzna wchodzi do czytelni IPN. Jest poruszony. Rzuca płócienną siatkę na stolik i wgłębia się w akta. Po godzinie głośno mówi do jednego z pracowników IPN:

- Jaki ślad jest tutaj? Nie ma zobowiązania. Nie brałem pieniędzy. Miałem donosić na reżyserów? Znałem wszystkich. Wszystko się kręci wokół sprawy Chojeckiego, którego nie znam osobiście. O to chodzi, że koledzy patrzą dzisiaj na mnie krzywym wzrokiem. Chcę zgłosić protest.

(2) komentarzy / skomentuj

A propos klapsów 30-05-2008 13:54
Brak konsekwencji w walce z klapsami u decydentów. Warto zadać im pytanie: Dlaczego stosuje się środki przymusu w stosunku do dzieci przez policję, w zakładach poprawczych? Przecież nie wolno bić dzieci.

Co rodzic ma zrobić w sytuacji ekstremalnej, gdy dziecko dostaje szału, histerii, i zaczyna tłuc, rzucać kamieniem  w inne dziecko, skoro, jak dzisiaj usłyszałem na konferencji premiera, nawet „szarpnąć” dziecko nie można, by schwycić go i siłą powstrzymać od napadu agresji?

Wynika z tego, że należy zadzwonić po policję i spokojnie przyglądać się jak dziecko tłucze kamieniem drugie dziecko albo rodzica, zanim przyjedzie radiowóz. Uwaga, jak dziecko zacznie uciekać na ulicę w ataku histerii, także go nie chwytajcie, nie szarpcie… wzywajcie policję… a jak wpadnie pod samochód… no cóż, nie macie prawa stosować siły fizycznej wobec dzieci.
Oczywiście interwencja policji będzie  skuteczna i oprze się tylko o słowną perswazję.

Bezmyślnie uogólnia się patologiczne zachowania niektórych rodziców na resztę matek i ojców. To łatwiejsze dla polityków, niż zajęcie się sprawą biedy w rodzinach wychowujących dzieci, bo to ona zazwyczaj doprowadza do tragedii.

PS.
Nigdy nie dałem jeszcze dziecku klapsa, w przeciwieństwie do premiera, który dawał, a dzisiaj jak już ma dorosłe dzieci i problem wybuchu agresji dziecka już go nie dotyczy, stał sie nagle ich przeciwnikiem.
(2) komentarzy / skomentuj

Prozatorska wizja WSI Leszka Pietrzaka 29-05-2008 11:31
Przed oblicze Komisji Weryfikacyjnej przy ul. Koszykowej 82 przybył pułkownik P. pragnący wysłuchania niczym spragniony wędrowiec wody na pustyni. Jednak od pierwszej chwili jego przybycia dało się zauważyć, coś niezwykłego, coś, co było znacznie silniejsze od zwyczajnej tęsknoty za sfinalizowaniem procesu własnej weryfikacji. Można było odnieść wrażenie, że pewność siebie, jaką zademonstrował ów oficer, każe mu niechybnie samemu przystąpić do weryfikowania czteroosobowego zespołu roboczego Komisji Weryfikacyjnej(...)Szczególną uwagę członków komisji zwrócił noszony przez oficera sygnet z godłem WSI, rozmiarów nie mniejszych niż sygnety rodowe królów i książąt polskich. Był to pierwszy zewnętrzny znak, że w istocie członkowie Komisji Weryfikacyjnej mają do czynienia z „arystokracją WSI” (...)

Przebrnąwszy przez gąszcz niezbędnych formalności, weryfikatorzy zaczęli prowadzić wysłuchanie przybyłego „oficera-arystokraty” zadając mu zgodnie z obowiązującą procedurą szczegółowe pytania odnośnie przebiegu jego służby. Jednak w miarę rozwoju sytuacji wysłuchanie to, coraz bardziej przeradzało się w monolog ogniskujący coraz większe emocje. Sołdatokrata kwestionował dosłownie wszystko – począwszy od przepisów regulujących działanie Komisji, po zasadność zasiadywania w niej poszczególnych jej członków oraz ich ustawowe kompetencje. Gdy poruszono kwestię działań sprzecznych z prawem lub łamiących prawo, „oficer–arystokrata” wyraźnie poirytowany, gromkim głosem wyraził swoje stanowcze oburzenie. Bo czym jest prawo?.(...)

Spotkanie to było dla czterech członków Komisji Weryfikacyjnej niemal mistycznym doświadczeniem, pozwalającym zbliżyć się chociaż na chwilę do tajemniczego świata arystokracji WSI. Świata niedostępnego dla przeciętnego śmiertelnika w III Rzeczypospolitej i jakże „fascynującego”. Prawda o tym świecie jest jednak znacznie mniej fascynująca(...)

Korzenie ich późniejszych karier w WSI sięgają faktycznie drugiej połowy lat 70-tych. Po ukończeniu kursów operacyjnych rozpoczęli praktykę w jednostkach podległych Zarządowi II Sztabu Generalnego lub w kontrwywiadzie WSW. W latach 1982-1990 zostali wytypowani na kursy operacyjne w ZSRR. Kurs w Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, kurs operacyjny organizowany przez GRU czy inne kursy operacyjne w ZSRR były dla ówczesnych służb wojskowych czymś porównywalnym z przedwojennymimi studiami w paryskiej Ecole Supereiure de Guerre. Krótko mówiąc, radzieckie kursy dawały polskim absolwentom pewność, że wylądują na ważnej placówce zagranicznej, bądź obejmą w przyszłości lukratywne funkcje dowódcze w polskich służbach i tylko jakieś złe zrządzenie losu, może im w tym przeszkodzić. Po powrocie z radzieckich szkoleń, w przeciągu najbliższych dwóch lat udało im się zaliczyć staż w jednym z attachatów w krajach NATO, bądź innych krajach liczących się w relacjach pomiędzy światem socjalistycznym a kapitalistycznym. Tam zdobywali pierwsze szlify w pracy wywiadowczej, zbierając informacje o „wrogich” armiach NATO. Tam również zaczęli utrwalać i nawiązywać nowe przyjaźnie z radzieckimi towarzyszami. Gdy wracali do kraju obejmowali funkcje kierownicze na różnym poziomie struktur służbowych Zarządu II i kontrwywiadu WSW, znacznie wyprzedzając innych swoich kolegów, z którymi rozpoczynali razem karierę w służbach wojskowych.

W 1989r. sytuacja w PRL zaczęła się radykalnie zmieniać. Komunistyczny establishment musiał podzielić się władzą z opozycją. W oczy oficerów służb specjalnych zaczęło zaglądać widmo politycznego sieroctwa. Gdy w 1991r. z Zarządu II SG i z Kontrwywiadu WSW utworzone zostały nowe Wojskowe Służby Informacyjne, sołdatokraci odzyskali jednak wiarę w przyszłość. Uwierzyli, że nowe służby mogą stać się politycznym Combo w III Rzeczypospolitej, niezależnym samorządnym i suwerennym podobnie jak NSZZ Solidarność. Absolwenci sowieckich uczelni przejmowali władzę na wszystkich szczeblach nowych służb. Niewiele było stanowisk kierowniczych w WSI, które trafiłyby w ręce przypadkowych oficerów. De facto dopiero wówczas stali się „prawdziwą arystokracją” nowych służb. Arystokracją która panuje, rządzi i wychowuje prosty „lud WSI”. Taką arystokracją, która sama podejmuje decyzje o tym, gdzie, kiedy i kto pojedzie na placówkę, kto i gdzie obejmie ważną funkcję w służbie. Arystokracją, która sama ustala, co jest interesujące dla służb wojskowych i sama decyduje, jak ustawić ster WSI w czasie zmieniającej się pogody politycznej w kraju(...)

Peerelowska sołdatokracja otrzymywała w III Rzeczypospolitej szlify pułkownikowskie i generalskie. Decydowała o obsadach attachatów, misji wojskowych, delegowała własnych ludzi do misji inspekcyjnych ONZ. Najbardziej wszakże zależało jej na tym, aby znaleźć się w kręgach dowódczych NATO. Od 1994r. Polska musiała wysyłać swoich przedstawicieli w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju” do Mons, Brukseli i innych ośrodków NATO-wskiego dowodzenia. Reprezentowanie polskiej armii w gremiach dowódczych NATO zdejmowało z nich odium wcześniejszej działalności wywiadowczej na rzecz Układu Warszawskiego i legitymizowało sołdatokratyczne życiorys(...) W 1999r. do Mons skierowano Generała I. Miał on reprezentować Polskie Siły Zbrojne, pomimo iż w latach 80-tych prowadził działalność szpiegowską przeciwko Stanom Zjednoczonym. Mimo zastrzeżeń sojuszników, prezydent Aleksaner Kwaśniewski udzielił mu wsparcia i ów były sołdatokrata objął pełnioną kadencyjnie funkcję szefa Partner Coordination Cell (PCC). Przeszłość okazała się nieważna; w końcu dawna i nowa działalność generała koncentrowała się wokół NATO(...)

Dzień „arystokraty WSI” w centrali firmy w Warszawie zaczynał się od służbowych narad najpierw w gronie samych sołdatokratów. Pierwszym tematem codziennych debat była bieżąca sytuacja społeczno-polityczna w kontekście wynikających z niej zagrożeń dla służby. Z tematem tym związane były rozważania o możliwych przeciw-działaniach WSI. Drugim tematem były sprawy związane z potencjalnymi kierunkami zainteresowań firmy(...)

Mnóstwo czasu zajmowała analiza bieżących informacji, jakie pozyskiwała WSI. Niemało czasu poświęcano także analizie już prowadzonych spraw operacyjnych. Sprawy te miały różne kategorie ważności. O ich randze decydowało to, kto je nadzorował. Prawie zawsze istniała określona grupa spraw operacyjnych, które nadzorował sam „szef arystokracji” – Generał Marek. Bo jeśli przykładowo przedmiotem sprawy operacyjnej była opieka WSI nad Sejmową Komisją d/s Służb Specjalnych, usiłującą wyjaśnić np. niecodzienne przypadki łamania embarga w handlu bronią przez polskich kontrahentów z tej branży, to ranga sprawy była wysoka, albowiem i zagrożenie dla WSI było poważne(..)

Nie zaniedbywano też pracy oświatowo-wychowawczej z niższymi klasami społecznymi WSI. Była to typowa robota w nadbudowie. Nie unikał jej nawet sam szef, wspomniany generał Marek. To on jesienią 2005r. osobiście wizytując poszczególne komórki w Centrali, wygłaszał pogadanki dla „prostego ludu WSI”, mające ukształtować właściwy stosunek do obrzydliwej propagandy prasowej szkalującej dobre imię WSI.

Zasadniczym jednak celem ciężkiej pracy „arystokracji WSI”, był zgodnie z prawami ekonomii pieniądz. Dlatego tak niezmiernie ważne w WSI było planowanie operacji, które mogły dostarczyć firmie pozabudżetowych funduszy, na rzecz – jak to ujmowano – „zabezpieczenia interesów obronnych”; ma się rozumieć – nie interesów państwa, tylko firmy. Pozyskiwanie funduszy miało miejsce w różnych sektorach, w szczególności jednak w sektorze zbrojeniowym(...) Transakcje zbrojeniowe dostarczały sporo kasy i emocji. Jeden z bohaterów tej branży niejaki „Wolfgang Frenkel”, pracujący całe lata dla „arystokracji WSI” powiedział kiedyś, że „prawdziwe emocje rosły powyżej miliona dolarów”.

Handel bronią był branżą atrakcyjną nie tylko ze względu na dużą kasę. Można też było spotkać w niej osoby wielce wpływowe i ciekawe jak Al-Kassar, Wiktor Bout czy sam Adnan Kashodi – które znane były wszystkim walczącym stronom wszystkich wojen i międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości. O transakcjach z ich udziałem nie mógł wiedzieć ani minister obrony narodowej ani premier, ani nawet prezydent.

Transakcje „eksport – import” obejmowały także branżę, paliwową i energetyczną. O wszystkim decydowały rynkowe prawidła popytu i podaży. Konstruowano nowe mechanizmy finansowe i sprawdzano je w praktyce jako operacje pilotażowe. Szukanie pieniędzy, dużych pieniędzy, wymagało jednak szerokiego otwarcia się „arystokracji” na świat cywilny. Owoce polityki otwarcia na świat przyszły bardzo szybko. I tak wspólnymi siłami wojskowo-cywilnymi w II połowie lat 90-tych „opędzlowano” budżet Wojskowej Akademii Technicznej na kwotę ponad 100 milionów dolarów. Koncepcja wyprowadzenia kasy z WAT-u narodziła się w gronie „arystokratów” odpowiedzialnych za sprawowanie „opieki” nad tą wojskową uczelnią. Stworzony przy tej okazji łańcuszek firm i kosmicznych umów zawieranych w imieniu WAT-u był genialnym przedsięwzięciem biznesowym, na tyle genialnym, że nie była w stanie poradzić sobie z nim żadna prokuratura w Polsce, nie mówiąc o prokuraturze wojskowej.

Życie codzienne „arystokracji WSI” nie było wypełnione jedynie żmudna pracą operacyjną. Dbano o właściwe zorganizowanie różnych uroczystości. W budżecie zawsze zabezpieczano niezbędne fundusze na ten cel. Nie były to jednak uroczystości państwowe. Obchodzono hucznie wszystkie rocznice związane z pełnieniem służby, imieniny, urodziny, organizowano pożegnania „arystokratów” odchodzących ze służby, wyjeżdżających i przyjeżdżających z placówek zagranicznych lub ważnych misji. Wszystko oczywiście musiało mieć odpowiednią oprawę, łącznie z firmowymi zaproszeniami. Wręczano okolicznościowe prezenty, egzemplarze broni oraz sygnety z godłem WSI, mające dowodzić przynależności do klasy panującej. Nigdy w trakcie tych uroczystości nie zabrakło poczęstunku i odpowiedniej ilości alkoholu.

Alkohol był czymś ważnym w życiu codziennym „arystokracji WSI”. Był on obecny od samego rana do późnych godzin wieczornych w różnych formach i w różnej postaci. Piła nie tylko „arystokracja”, ale piły wszystkie „stany” w WSI. Pito w Centrali i w terenie, pito na placówkach i misjach zagranicznych. Pito dla integracji, ze strachu i dla otuchy. Ale nie tylko dlatego. Picie, tak jak stosunek z kobietą w przedrewolucyjnych Chinach, było dla „arystokratów WSI” ulubioną forma spędzania wolnego czasu. Jednak zdecydowanie więcej pito poza krajem. Nostalgia wymagała ukojenia. Historia kariery pułkownika K. – „arystokraty” na placówce w koreańskim kraju obrazuje to najlepiej. Pił z dużym rozmachem czasowym i dużą ilością gotówki, doprowadzając się do stanów absolutnej nirwany na wiele godzin. Przeszedł do historii jako człowiek w niekoniecznie czystych ineksprymablach, którym uwagę poświecił nawet sam prezydent Kwaśniewski. Ale cóż, w końcu wszyscy jesteśmy, excusez le mot, w gaciach i możemy sobie powiedzieć verba veritas bez ogródek.

„Arystokracja” nie stroniła od kobiet. Ich obecność nie miała jednak wymiaru mistycznego. Dominowało służbowo–użytkowe podejście do przeciwnej płci. Skrupulatnie dobierano personel żeński w WSI. Oczekiwano gotowości do poświęceń, zależnie od potrzeby chwili. Zdarzało się, że relacje „arystokratów WSI” z personelem żeńskim przypominały zamierzchłe czasy szlacheckie. W końcu, co pańskie należy do Pana. Dokumenty i relacje dotyczące pułkownika W. – szefa jednego z oddziałów kontrwywiadu WSI na południu Polski mówią m.in. o tym, jak wieziony samochodem przez swojego podwładnego usiłował posiąść jego znajdującą się również w samochodzie małżonkę. Zaistniała sytuacja wytworzyła skomplikowany problem lojalności.

Znacznie większym problemem był niedobór kobiet na placówkach zagranicznych. Tutaj jednak, o dziwo, z pomocą przychodziły „żenszczyny” z radzieckich a potem rosyjskich attachatów i placówek dyplomatycznych. Szczególnie frapujące okazały się przygody generała O. na placówce w odległym dalekowschodnim kraju. Jego rosyjska wybranka, obok wielu uciech lubiła okolicznościowe fotografowanie.

Gdy 30 września 2006r. zakończyły swój żywot Wojskowe Służby Informacyjne, życie „arystokracji” zamarło. Pozostała nostalgia za minionym. Dzisiaj, Anno Domini 2008, byli sołdatokraci niczym Taleyrand mogą powiedzieć: „Kto nie żył w czasach ancien régime, ten nie zna rozkoszy życia”.

Leszek Pietrzak
http://wyszkowski.com.pl/content/view/306/152/
(2) komentarzy / skomentuj

Mac ściaga za Puławiaka 27-05-2008 10:21
Półtora roku temu ktoś anonimowy napisał komentarz (2006-08-17 godz. 23:24:10), a dzisiaj otrzymuję e-maila:

„Szanowny Panie,
Na Pana blogu znalazła się wypowiedź (wątek: Ominąłem, autor: puławiak, data zamieszczenia: 2006-08-17 godz. 23:24:10), która narusza moja dobre osobiste. Proszę zatem pana o jej usunięcie. Jest to obszerny fragment publikacji czasopisma „NIE", z racji której wytoczyłem autorce i wydawcy proces o ochronę dóbr osobistych. Prawomocnym postanowieniem z dnia 29 kwietnia 2008 r. Sąd Okręgowy w Warszawie (sygn, akt III C 70/08) nakazał pozwanym Izabeli Kosmali-Świerczyńskiej i wydawnictwu URMA sp. z o.o. usunięcie inkryminowanej publikacji z zasobów internetowych, do którego to nakazu pozwani zastosowali się. Proszę zatem, w konsekwencji tego postanowienia, o usunięcie przedruku tej publikacji z Pana strony internetowej, gdyż za przypadki naruszania prawa Pan, jako jej administrator, ponosi konsekwencje prawne.
  Z wyrazami poważania
 Jerzy Sławomir Mac”

Dlatego wkrótce całkowicie zlikwiduję i tak już ograniczoną możliwość komentowania bloga, nie stać mnie na zatrudnianie prawników. Nie chce mi się wchodzić w nie swoje spory, sprawy, donosy, żółcie, zawiści, zemsty...
(3) komentarzy / skomentuj

Presley o... Marcinkiewiczu 26-05-2008 20:49
Na jednej z konferencji prasowych zapytano Elvisa Presley'a o wizerunek.
- Wizerunek to jedno, człowiek to drugie – odparł.
- Czy człowiek bardzo różni się od wizerunku?
- Trudno dorównać wizerunkowi.

(0) komentarzy / skomentuj

Zlecenie Lichockiego na Borowskiego 24-05-2008 22:55
Pułkownik Aleksander Lichocki pomimo kolejnych zmian politycznych doskonale poruszał się po świecie służb, biznesu i dziennikarzy. Dla tych ostatnich był cenionym informatorem. Nie przeszkodziło mu to, że znalazł się w raporcie weryfikacji WSI, gdzie można przeczytać:

„K. ocenił, że kontakty por. Polaszczyka z politykami prawicy z lat 1991-1993 mogły być inspirowane przez wysokich rangą byłych oficerów Szefostwa WSW: płk. Aleksandra Lichockiego (ostatniego szefa Zarządu I Szefostwa WSW) oraz płk. Marka Wolnego (ostatniego szefa Oddział II w Zarządzie III, a wcześniej szefa Oddziału III w Zarządzie I Szefostwa WSW)93. Według K. por. Polaszczyk utrzymywał w tym czasie częste kontakty z tymi oficerami.”

Obecnie, po akcji ABW, w czasie której został zatrzymany, rozmówcy niechętnie przyznają się do kontaktów i znajomości z Aleksandrem Lichockim. Z konieczności (tajemnica dziennikarska) milczałbym i ja na ten temat, ale kiedy usłyszałem jak chwali się dziennikarzom z kim to on się nie spotykał, uznałem, że Lichocki upadł na głowę, bo rzadko informator sam się demaskuje i zwalnia dziennikarza z tajemnicy zawodowej. Ale nie tylko ten fakt powoduje, że pragnę szerzej napisać o kontaktach z Lichockim. Wielu dziennikarzy powinno dokonać kwerendy swoich kontaktów z Aleksandrem Lichockim, by nakreślić wreszcie jego prawdziwy portret. Kim naprawdę jest Lichocki? Jakie zadania realizował w ostatnich latach w mediach? Ile prowokacji, zadań, udało mu się zrealizować dzięki mediom?

Moje kontakty z płk Aleksandrem Lichockim są ubogie. Nie zdążyliśmy przejść na „ty” jak uczyniło to z nim wielu dziennikarzy. W czasie programu „Konfrontacja” w pierwszej połowie roku 2006 odbyłem z nim tylko trzy spotkania. Zachęcił mnie do nich dziennikarz, z którym współpracowałem przez pewien okres. Lichocki był przekonany, że nie wiem z kim się spotykam, gwarantować miał mu to organizator spotkania, chwalił się tym ostatnio w rozmowach z dziennikarzami „Dziennika,” wspomniała mi o tym Anna Marszałek. (Wymienił wówczas wielu dziennikarzy, z którymi się kontaktował). Rzeczywiście Lichocki i dziennikarz mogli tak myśleć. Niestety pułkownik był na tyle popularną postacią, że jeden z dziennikarzy uświadomił mi kim jest osoba „bawiąca się w super tajemniczą postać o wszechpotężnej wiedzy o kulisach działania tajnych służb w Polsce.” Znał dobrze zażyłość dziennikarza z Lichockim. Ów dziennikarz krył tożsamość Lichockiego nie tylko przede mną, ale też innymi osobami, z którymi współpracował. Dla mnie miał być on tylko „panem Olkiem”.

Lichocki znał Macierewicza i jego ludzi?

Aleksander Lichocki w czasie spotkań budował obraz człowieka o dużej wiedzy i szerokich kontaktach, wręcz wpływach na decydentów. O Maciarewiczu, mówił Antoni. Przy mnie zadzwonił na jego telefon komórkowy. Numer do szefa komisji weryfikacyjnej otrzymałem właśnie od niego. Prawdziwy, jak później sprawdziłem. Nie dodzwonił się jednak. Natrafił na automatyczną sekretarkę. Do dzisiaj nie wiem, czy blefował, czy naprawdę był wówczas w tak dobrych stosunkach jak wynikało to z rozmowy. Dziennikarz, który zorganizował spotkanie z Lichockim do dzisiaj twierdzi, że wówczas (połowa 2006 roku) pułkownik był związany z „towarzystwem Macierewicza.” Fakt jest jednak taki, że niby dobre stosunki z Macierewiczem nie uchroniły go od znalezienia się w raporcie weryfikacji WSI.

Na pewno Lichocki miał dobry kontakt z jednym z dostojników kościelnych, z którym bez problemu połączył się telefonicznie i umówił się z nim następnego dnia na poranną kawę. Rozmowa dotyczyła powiązań tegoż dostojnika kościelnego z ludźmi zajmującymi się devloperstwem w Warszawie.

Papała to czuły punkt Lichockiego

Jedno ze spotkań dotyczyło sprawy zabójstwa generała Marka Papały. Aleksander Lichocki wykazywał szczególne zainteresowanie tym tematem. Jak twierdzili moi informatorzy pułkownik Aleksander Lichocki na miesiąc przed zabójstwem generała Maraka Papały miał spotkać się z pułkownikiem Janem Bisztygą i rozmawiać o zagrożeniu dla byłego komendanta głównego policji. Wkrótce okazało się, że Lichocki zaczął mnie unikać, a dziennikarzowi, który zorganizował spotkanie ze mną zrobił scenę, że rozpytuję o niego na prawo i lewo.

 - Gumka myszka – powiedział Lichocki do dziennikarza, grożąc, że wymaże go ze swoich kontaktów.

Dla dziennikarza był na tyle cennym źródłem informacji, że po rozmowie ze mną nasze stosunki ochłodły.

Lista zleceń Lichockiego

Od początku pułkownik Aleksander Lichocki nie wzbudzał mojego zaufania, mieszał prawdziwe fakty, często pozyskane z gazet a nie z archiwów tajnych służb, z kłamstwami. Należało uważnie go słuchać i oddzielać ziarna od plew, zakładając, że więcej będzie w tym brudu, manipulacji, niż prawdy.

Pułkownikowi Aleksandrowi Lichockiemu zależało by upowszechniać niby wiarygodne informacje, które miały skompromitować Marka Borowskiego, Zbigniewa Bębenka (Prezesa ZPR), Ireneusza Wilka (byłego Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej w rządzie Jerzego Buzka, obecnie pełnomocnika rodziny Olewników), płk Zenona Bilewicza (zastępcę szefa wywiadu w latach 2002-2005), płk Janusza Luksa (W latach 90. kierował wywiadem Urzędu Ochrony Państwa.), gen. Jana Podgórskiego (byłego szefa wojskowego szpitala na Szaserów), płk Romana Kurnika, Włodzimierza Jermanowskiego, Zdzisława Skorże (obecnego v-ce szefa ABW), Mirosława Rusinowicza, płk Afekta, gen. Zbigniewa Nowka (byłego szefa AW)

W pierwszej połowie 2006 roku najważniejsza dla pułkownika Aleksandra Lichockiego  była jednak postać Marka Borowskiego. To on w czasie spotkań stawał się najważniejszym negatywnym bohaterem jego opowieści.

- Kto dał zlecenie Lichockiemu na Borowskiego? – zapytałem po kolejnym spotkaniu z dziennikarzem, który dostarczył mi nowe informacje od pułkownika. – Chcą utracić Borowskiego, by wpłynąć na wybory prezydenckie.

Wówczas Marek Borowski, po wyborczej porażce jako przewodniczący SdPl uczestniczył w 2006 w tworzeniu koalicji Lewica i Demokraci celem wspólnego udziału w wyborach samorządowych. W tych wyborach ubiegał się o stanowisko Prezydenta Warszawy. Ostatecznie zajął trzecie miejsce, przegrywając z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Hanną Gronkiewicz-Waltz.

Nie skorzystałem „z rewelacji Lichockiego.”

Kto wprowadził w środowisko dziennikarskie Lichockiego?

Pułkownik Aleksander Lichocki był przez wiele lat dla dziennikarzy informatorem, z niektórymi zbliżył się na tyle blisko, że mówiono o wzajemnej przyjaźni.  Patrząc z perspektywy czasu na jego kontakty z dziennikarzami, poznając kolejne nazwiska, śledząc publikacje prasowe, można odnieść wrażenie, że pułkownik Lichocki był jednym z aktywniejszych ludzi dawnych służb w mediach.

Dziennikarz Leszek Misiak jest jednym z tych, który nie wypiera się kontaktów z Aleksandrem Lichockim, już w 2007 roku wspominał w Gazecie Polskiej , jak działał:

„W końcu marca 2004 roku, gdy pracowałem w "Superexpressie" zadzwonił do mnie mężczyzna, który powiedział, że ma dla mnie informacje o tajemniczym wypadku syna Bronisława Komorowskiego, który został potrącony, gdy przechodził po pasach na zielonym świetle. Twierdził, że potrącił go mercedes jednego najbogatszych Polaków, który jechał w obstawie dwóch lancii BOR z pokazu Ferrari w hotelu Victoria. Syn Komorowskiego został ciężko ranny. Informator bardzo dokładnie zrelacjonował przebieg zdarzenia, od czasu wyjścia syna posła z Filharmonii w towarzystwie dziewczyny i kolegi. Według niego śledztwo tuszowano, a nagranie z monitoringu skrzyżowania ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, gdzie doszło do tragedii, urywa się dziwnym trafem tuż przed najechaniem auta na chłopca.

Poinformował mnie, że Bronisław Komorowski był czasie wypadku w Finlandii, a gdy wrócił zadzwonił "wściekły" do komendanta stołecznego policji, Siewierskiego, że policja nic nie robi. Podczas kilku spotkań informator nie tylko w szczegółach zrelacjonował przebieg przesłuchań dotyczących wypadku, ale skontaktował mnie z pełnomocnikiem Komorowskiego w tej sprawie mec. Maciejem Bednarkiewiczem. Spotkałem się z mecenasem. Byłem jedynym dziennikarzem, który posiadał informacje w tej sprawie. Ówczesny premier, Józef Oleksy, pytany przez Monikę Olejnik, skąd były auta eskortujące mercedesa, odpowiedział, że z Urzędu Geodezji i Kartografii. Sprawa wypadku, jak się dowiedziałem, nigdy nie znalazła finału w sądzie.

W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW, Aleksander L.”

Leszek Misiak w rozmowie ze mną wspomina kilka spotkań z Lichockim, zapamiętał go jako miłośnika czerwonego sok grejpfrutowego. Ulubionym miejscem spotkań było pięterko w restauracji „Bez Kantów” przy ulicy Królewskiej. Lokal ten uchodził za „knajpę ludzi WSI”.

- Kłaniali mu się tam w pas – mówi Leszek Misiak. – Kiedyś widziałem jak witał się z zarządem Orlenu, czym nie omieszkał się pochwalić.  Kontakty z nim się ucięły, gdy zacząłem go wypytywać o ludzi WSI w TVP.

W czyim imieniu Aleksander Lichocki prowadził ożywione kontakty, często je inicjując, z dziennikarzami? To pytanie, na które nie znamy odpowiedzi, jak i na kolejne - Kto wprowadził pułkownika Aleksandra Lichockiego w środowisko dziennikarskie, na pewno nie był to Wojciech Sumliński? Sumliński poznał Lichockiego już jako zaufanego informatora innych dziennikarzy.
(36) komentarzy / skomentuj

Ustawa "po cichu" 24-05-2008 11:47
Artykuł  w Dzienniku „Zagadkowa kariera szefa tajnych służb” (Tomasz Butkiewicz, Luiza Zalewska, współpraca Robert Zieliński), przynosi rozdział „Dlaczego mnie podsłuchujecie?”, według którego tajne służby pragnęły wpłynąć na ustrój demokratycznego państwa, inicjując i próbując „po cichu” przeforsować w Sejmie nowelę ustawy telekomunikacyjnej,

Smutne, że stał za tym Antoni Mężydło, były działacz opozycji w okresie PRL, który powinien wiedzieć, że debata publiczna nad ustawami jest wpisana w ustrój demokratyczny, a nie popierać zakulisowe, tajne wpływanie na powstanie takiej a nie innej ustawy.



Dziennik pisze: „Jeden z naszych informatorów opowiada szczegóły tej supertajnej akcji: "Wszystko to uznaliśmy za prawdopodobne. Nasze podejrzenia rosną, gdy zaraz po zleceniu na podsłuch osobie X. ta osoba przysyła nam pismo z pytaniem, dlaczego jest inwigilowana! To już wygląda na jawną kpinę, ale na zebranie materiału procesowego i wnioski do prokuratury nie mamy szans".

Bazujemy na informatorach i próbujemy zebrać dowody. Chcemy założyć podsłuchy, ale okazuje się, że budynki operatorów są tak profesjonalnie zabezpieczone, że nie mamy takiej możliwości technicznej! Rozpaczliwie szukamy pomysłu, jak ich pokonać. Wpadamy na pomysł noweli prawa telekomunikacyjnego i po cichu próbujemy przeforsować to w Sejmie. Ideałem jest rozwiązanie amerykańskie, gdzie służby mogą się podpinać do systemu bez wiedzy operatorów. Nam wystarczy, by wszystkie połączenia były rejestrowane na jednym serwerze, do których dostęp mają też służby. Nowela jednak ostatecznie nie przechodzi.

Antoni Mężydło, który w poprzedniej kadencji pilotował nowele prawa telekomunikacyjnego, precyzuje: "Projekt utknął w uzgodnieniach międzyresortowych, a gdy już dotarł do Sejmu, Sejm się rozwiązał".
(0) komentarzy / skomentuj

Irena Dziedzic pisze bloga 22-05-2008 22:01
"Ostatnio (16. 04. 2008) wykopali i mignęli fragmentem filmowego "Tele-Echa" sprzed 45 lat, które kręciłam z bohaterami “Pana Wołodyjowskiego” w scenerii pałacu w Radziejowicach. Mignęli także fragmentem moich półgodzinnych wywiadów (było ich ponad dwieście przez osiem lat, od października 1983 do września 1991) i w tym akurat wystąpiła Małgorzata Niezabitowska. Przypadek?

Pod te mignięcia udało im się zdążyć z jedynym argumentem, którym się posługują od czerwca 2006: “Donosiła na kolegów za pieniądze, pod pseudonimem MARLENA”. Ten pseudonim, co za kicz! Czy mam rozumieć, że to co doniósł Wildstein, było honorowo?

To, że ogłosiłam parę razy, że nikt nigdy nawet nie próbował mnie werbować – nie ma znaczenia. Dowody? - nie mają znaczenia. Jacyś “prowadzący”, choćby jeden? – nie ma znaczenia. A moje podpisy pod pieniędzmi były? – nie ma znaczenia. Przy tysiącach rozdanych autografów i przy obecnej technice – nic nie ma znaczenia. Natomiast ma znaczenie to, że trzeba się przyłączyć i zasłużyć."

http://irenadziedzic.webnode.com/
(1) komentarzy / skomentuj

Bezpieczne londyńskie latarnie 22-05-2008 21:37
"Państwo (nad)opiekuńcze, zwane Wielką Brytanią, tak strasznie się przejęło jakimś banalnym sondażem – z którego wynikało, że co dziesiąta osoba doznała urazu bo nie koncentrowała się na tym co robi, tylko na swej komórce – że postanowiło teraz zacząć owijać latarnie gąbką.

Firma 118118, która zamówiła sondaż, wraz z organizacją charytatywną Living Streets, rozpoczęły pilotażowy program owijania latarni (to nawet brzmi kretyńsko) na Brick Lane we wschodnim Londynie. Tam rzekomo – jak wynika z sondażu – najwięcej osób w całym kraju właziło na kosze i latarnie w trakcie pisania smsa (...)

Organizacja zapowiada, że będzie pytała przechodniów na Brick Lane o reakcję i – jeżeli odzew będzie pozytywny – zamierza owijać latarnie, słupy, kosze na śmieci i inne takie także w Birmingham, Manchesterze i Liverpoolu."

Michał Dzierża, http://www.dzierza.co.uk/
(1) komentarzy / skomentuj

Niewygodny temat 22-05-2008 18:44
Ponad 35 proc. Polaków mówi, że nie stać ich na posiłek zawierający mięso, drób albo ryby przynajmniej co drugi dzień - wynika z opublikowanego w czwartek raportu Komisji Europejskiej o sytuacji społecznej w UE.

To jeden z najgorszych wskaźników w UE. Gorsza sytuacja panuje tylko w Słowacji (41 proc.) i na Łotwie (37 proc.). (PAP)

(0) komentarzy / skomentuj

Smutni panowie dwaj, w skórach, nie mający o czym ze sobą rozmawiać, którzy przykleili się do spotkania z jednym z bohaterów ostatniej akcji ABW. 20-05-2008 22:31

(1) komentarzy / skomentuj

Apartament w Wilanowie 18-05-2008 23:23

(0) komentarzy / skomentuj

Burzą meczet. Spełnia się marzenie Fallaci? 18-05-2008 23:18
W miasteczku Oppeano na północy Włoch zburzono meczet. Na jego miejscu ma powstać plac imienia Oriany Fallaci.
(0) komentarzy / skomentuj

Korea po polsku 17-05-2008 01:01
Fragment reportażu Marcina Bora "Jak otwierałem fabrykę LG, czyli Great Company Great People"

Kiedy rozpocząłem swoją „wielką” przygodę z azjatycką kulturą pracy w jednej z koreańskich firm grupy LG budujących swą fabrykę pod Wrocławiem, fabryki jeszcze nie było, ale rosła jak na drożdżach. Kiedy kończyłem pracę, okazało się...że drożdże były trochę przeterminowane i przereklamowane (...)
Jest piękna wiosna. Koniec kwietnia. „Odurzony” budzącą się do nowego życia przyrodą, składam papiery do LG. Nie wiem, co osiągnę zawodowo dzięki temu posunięciu i nie piszę w CV o jakichś swoich szczególnych osiągnięciach. Pracowałem już wcześniej w międzynarodowych (europejskich) koncernach i na tym opieram swą „siłę ataku”. Po miesiącu dostaję zaproszenie na spotkanie.
Nigdy mnie miałem takiej rozmowy kwalifikacyjnej. Rozmowa jest oczywiście po angielsku, bo koreańskiego nie znam. Przepytujący mnie Koreańczyk wciąż marudzi, że w sumie nie umiem tego, nie znam się na tym, nie mam doświadczenia tu i że generalnie muszę pokonać swoją słabość. A ja, z potem cieknącym po twarzy, bredzę niczym nawiedzony kaznodzieja, jak to wspaniale byłoby rozwijać swoją karierę w wielkim koncernie LG i poznawać nowe wspaniałe technologie. Gdzie ktoś, kto nawet nic nie umie, zrobi coś, o czym się dowie cały świat. I tak dalej, i tak dalej...

- Musisz pracować dwa razy ciężej, żeby dojść do takiego poziomu jak ja. - stwierdza z satysfakcją na końcu spotkania mój skośnooki rozmówca. – I musisz pokonać swoją słabość – podkreśla po raz kolejny.
Rzeczywiście mi słabo. Ale to chyba efekt braku wentylacji w pokoju przesłuchań(...)
Dzień pierwszy. Stawiam się do pracy w tymczasowym biurze przy ulicy Kościuszki. Mało miejsca. Pracownicy ściśnięci jak śledzie przy wielkich biurkach. Zaduch, bo lato mamy w pełni. Jestem w dziale jakości. Duży stół, kilka komputerów i jeden wentylator. Moim szefem zostaje ten sam Koreańczyk od pokonywania słabości. To Mister S. - guru od jakości telewizorów w naszej firmie. „Mister” tak zwracamy się do wszystkich Koreańczyków. Nie ważne czy menadżer, czy zwykły monter. Nie ma czasu na zapoznanie się z biurem, bo dowiaduję się, że za pięć dni jadę na miesięczne szkolenie do Korei. Oczywiście, nie było o tym mowy na rozmowie kwalifikacyjnej, bo przecież byłem osłabiony swoją słabością do pokonania.
Poznaję pierwszą tajemnicę sukcesu Koreańczyków. Działać z zaskoczenia. Taki mały wyjazd w delegację zagraniczną. Prawie jak z Wrocławia do Pragi. Tyle że prawie robi różnicę. Rozpoczynam gorączkowe przygotowania, aby zdążyć na czas. Zmieniam plany, które miałem jeszcze dzień temu. Odwołuję wizytę na ślubie kolegi. Najwyżej nie będzie świadka.
- Musisz pokonać swoją słabość. Dowiedzieć się jak najwięcej o kontroli jakości i przywieźć tutaj tę wiedzę i wdrożyć ją – poucza mnie Mister S.
Zaczyna to być nieco podejrzane. Czyżby nasi azjatyccy wybawiciele oprócz walizki pieniędzy na inwestycję pod Wrocławiem nie przywieźli z Korei nic więcej?
Z tym zdobywaniem wiedzy jest mały problem. Na przykład koledzy, którzy w ramach szkoleń jeżdżą do Mławy (tam powstała pierwsza fabryka LG w Polsce), muszą zachowywać się jak szpiedzy przemysłowi.
- Musiałem wprost wykradać dokumentację techniczną i robić zdjęcia z ukrycia, żeby mieć jakiekolwiek materiały do pracy – opowiada Karol starszy inżynier, który siedzi najdłużej w dziale i usiłuje coś stworzyć z chaosu dokumentacji pełnej koreańskich literek-krzaczków, którą zdobył z narażeniem życia."

http://www.ithink.pl/artykuly/aktualnosci/pozostale/jak-otwieralem-fabryke-lg-czyli-great-company-great-people/
(2) komentarzy / skomentuj

Auto żony 17-05-2008 00:44
Portal "Piąta Władza" pokazuje jak coraz bardziej odlatuje ta wyższa władza.

"Było włamanie do samochodu. Skradziono auto z nawigacją satelitarną. Wydarzenie jak wydarzenie. Jedno z wielu we Wrocławiu. Samochód jednak należał do żony wicepremiera Grzegorza Schetyny. To powoduje, że o zdarzeniu nie może mówić wrocławska policja. Jej przedstawiciele odsyłają do rzecznik MSWiA. I tak administracja rządowa angazuje się w sprawę włamania do prywatnego auta. Co ciekawe kilka tygodni temu kiedy kolizję we Wrocławiu miał minister kultury, jakoś policja nie odsyłała do rzecznika Bogdana Zdrojewskiego, a udzielała ochoczo informacji ..."

http://www.5wladza.blogspot.com/
(1) komentarzy / skomentuj

Wyszedł 15-05-2008 23:49
Wojtek Sumliński po wyjściu z sądu, gdzie trafił z policyjnej izby zatrzymań,  zadzwonił. Rozmowa była traumatyczna. Mówił o ludzkim a nie politycznym aspekcie jego doświadczeń z minionych dwóch dni. Myślę, że jeszcze nie wie, czy to koniec, czy początek.

(5) komentarzy / skomentuj

Sprawa adwokata Henryka G. 14-05-2008 15:32
15 maja b.r. (czwartek) o godz. 11 w Sądzie Rejonowym w Kielcach odbędzie się prawdopodobnie ostatnia rozprawa w sprawie Henryka G.

W trakcie uczestniczenia w przeszukaniu funkcjonariusze Policji zażądali od adw. Henryka G. wydania posiadanych przez niego dokumentów. Adwokat odmówił ich wydania wyjaśniając, że są one związane są z wykonywaniem przez niego funkcji obrońcy i są objęte tajemnicą adwokacką. W odpowiedzi na to funkcjonariusze Policji używając wobec adwokata siły fizycznej odebrali mu posiadane przez niego dokumenty. Ponadto policjanci kierowali w stosunku do adwokata groźby aresztowania i postawienia zarzutów poplecznictwa.

Adw. Henryk G. został oskarżony o popełnienie czynów z art. 13 § 1 k.k. w związku z art. 239 § 1 k.k. poprzez utrudnianie prawidłowego toku postępowania przygotowawczego w postaci usunięcia a następnie odmowy dobrowolnego wydania dwóch segregatorów z fakturami i paragonami.

W wyniku postanowienia Sądu Najwyższego sprawa Henryka G. została na początku procesu przekazana do rozpoznania sądowi równorzędnemu spoza okręgu krakowskiego tj. sądowi rejonowemu w Kielcach. SN uznał, że rozpoznanie jej przez inny sąd wymaga dobro wymiaru sprawiedliwości. Helsińska Fundacja Praw Człowieka występuje w sprawie w charakterze
przedstawiciela społecznego
(1) komentarzy / skomentuj

W sprawie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego 13-05-2008 20:54
Mam nadzieję, że wobec dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego są zgromadzone wiarygodne dowody, a nie to, że ktoś słyszał, ktoś się powoływał na kogoś. Chciałbym usłyszeć na taśmie, że Wojciech Sumliński powołuje się na wpływy i żąda jakiejś kwoty za to co zarzuca mu prokuratura. Słowa ludzi służb, biznesmenów, agentów, nie są dla mnie wiarygodne. Zwłaszcza, że rola płk Aleksandra Lichockiego w tym wszystkim każe zachowywać nieufność, ostrożność. Wcześniej to nie Wojciech Sumliński miał być pośrednikiem według niego a inny dziennikarz pewnego tygodnika.

Jestem krytycznie nastawiony wobec „Misji specjalnej”, ale to co uczyniło dzisiaj ABW z dziennikarzami jest skandalem. Dziennikarze nie przedarli się przez kordon policji, nie zerwali taśm odgradzających działania służb, podeszli jak najbliżej miejsca zdarzenia. To problem ABW, że nie odgrodziło, nie oznaczyło miejsca. Przepraszam, ale jak funkcjonariusz mówi, wyłączyć kamerę, to nie oznacza, że należy to uczynić. Dziennikarz nie jest pracownikiem policji, ABW. Z zasady dziennikarz, reporter, operator jest po drugiej stronie barykady.

Jakoś ABW za czasów Zbigniewa Ziobry, PIS, których krytykowałem za najście mojego domu, nie wyrwało mi telefonu komórkowego, którym filmowałem, jak zakładają kajdanki na ręce Janusza Kaczmarka.

PS. 1.
Rzeczpospolita, piórem Cezarego Gmyza, przedstawiając  Wojtka Sumlińśkiego pisze „drugi to dziennikarz współpracujący z kontrowersyjnym reporterem telewizyjnym Sylwestrem Latkowskim.” Nigdy nie byłem reporterem telewizyjnym, ale mniejsza o to. Rozumiem, że mam być listkiem figowym, ale może tak dobrze by było by niezależny, uczciwy dziennik Lisieckiego, Wildsteina, Janke, zacząłby obiektywnie przedstawiać rzeczywistość. Od ponad dwóch lat nie współpracuję z Wojciechem Sumlińśkim, który wybrał współpracę z Waszą opcją i współpracuje z Grzegorzem Górnym, pracuje dla lubelskiego oddziału TVP, o czym dobrze wiecie. Więc, darujcie sobie te manipulacje i miejcie odwagę mówić prawdę. Nie chrońcie się za moimi plecami i nie wyrzucajcie tak szybko za burtę Wojciecha Sumlińskiego.
(9) komentarzy / skomentuj

Kim naprawdę jest Jasiński? 12-05-2008 21:47
Prokurator Piotr Jasiński miał być tym „dobrym  szeryfem” w sprawie porwanego i zabitego Krzysztofa, przekonywała mnie rodzina i prawnicy Olewników, z czasem okazało się, że nie jest to „szeryf bez skazy”.

Śledząc ostatnie doniesienia medialne zauważam coś niepokojącego, staje się on wybitnie czarną postacią sprawy Krzysztofa Olewnika.  Jakby to on odpowiadał za skandaliczne błędy w śledztwie, które doprowadziły do śmierci porwanego Krzysztofa. Jakoś nie słyszę o postępowaniach dyscyplinarnych wobec innych prokuratorów.

– Jasińskiemu zapowiedziano, że go wykończą i to sie dzieje – mówi osoba znająca realia w Olsztynie.

Jaka jest prawda? Być może kiedyś ją poznamy, bo na razie media są karmione półprawdami i kłamstwami przez informatorów, takimi ja te w artykule Mariusza Kowalewskiego i Małgorzaty Zawadki „Chwalony prokurator wpadł w tarapaty” w Rzeczpospolitej.

– Jasiński chodził wtedy po prokuraturze dumny jak paw – czytamy. -  W Olsztynie zorganizowano konferencję na temat porwań. Była rodzina Olewników i specjalny gość Janusz Kaczmarek, a u jego boku prym wiódł Jasiński. Do dziś w jego gabinecie wisi dyplom z tamtego zdarzenia – opowiada nam prokurator z Olsztyna.

Byłem uczestnikiem tej konferencji, inauguracji Fundacji Krzysztofa Olewnika i nie widziałem tam Piotra Jasińskiego, wiec nie mógł tam wieść prymu i puszyć się jak paw. Za to po raz pierwszy usłyszałem tam o jego konflikcie z obecnym prokuratorem okręgowym w Olsztynie  Cezarym Kamińskim i miejscowym oddziałem CBŚ.
(3) komentarzy / skomentuj

Funkcjonariusz publiczny staje się mniej świętą krową niż jest 12-05-2008 19:21
Trybunał Konstytucyjny uznał, że art. 213 par. 2 kk dotyczący znieważenia funkcjonariusza publicznego jest niekonstytucyjny. Oznacza to, że  jeśli dziennikarz wykaże, że dochował staranności i rzetelności dziennikarskiej przy pracy nad swoim materiałem nie będzie podlegał karze dwóch lat więzienia.

(0) komentarzy / skomentuj

Z cyklu "Żart dnia" 12-05-2008 10:07
"Wczoraj zaczął się jeden z najważniejszych procesów w wolnej Polsce".... twierdzi Piotr Pacewicz w Gazecie Wyborczej i ujawnia w tekście "Dziękujemy Anecie Krawczyk" o jaki proces chodzi.
PS.
Zapytano mnie: A w takim razie, to który jest najważniejszy?
Odpowiedziałem: Rozumiem, że ważniejszy od procesów Wujka, Grudnia 70...

(4) komentarzy / skomentuj

Recenzenci 11-05-2008 18:58
"Głupi, niewrażliwi recenzenci zniszczyli mnóstwo świetnej muzyki i artystów, którzy okazali się nie dość silni, żeby tak jak ja powiedzieć - A pierdolę was równo". Miles Davis

(0) komentarzy / skomentuj

Niedzielne popołudnie 11-05-2008 15:27



(9) komentarzy / skomentuj

Trójmiejska rewitalizacja 10-05-2008 00:19

(3) komentarzy / skomentuj

Koniec kneblowania ust mediom tajemnicą państwową? 09-05-2008 16:34
Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy wydał ważne orzeczenie dla wolności słowa w Polsce. Umorzył karny proces przeciwko Jarosławowi Jakimczykowi i Bertoldowi Kittlowi z powodu braku cech przestępstwa. Sprawa dotyczyła ujawnienia tajemnicy państwowej.

Miejmy nadzieję, że od tej pory prokuratura nie będzie wszczynać śledztw przeciw dziennikarzom za ujawnienie przez nich w swoich publikacjach informacji objętych tajemnicą państwową. Wszczynanie śledztw nie tylko umożliwiało prokuraturze, służbom, możliwość legalnej inwigilacji dziennikarzy, ale przede wszystkim było próbą kneblowania ust mediom.

(6) komentarzy / skomentuj

Rymanowski inwigilowany 07-05-2008 21:49
Bogdan Rymanowski opowiada o tym, co towarzyszyło mu podczas realizacji serialu „Szpieg”:
- Mnie dwukrotnie próbowano się włamać do mieszkania, a kiedy wracaliśmy z Majorki, gdzie szukaliśmy śladów Władymira Ałganowa, zaginęły nam bagaże. Kilka razy miałem dowody na to, że jesteśmy podsłuchiwani. Rozmawiałem kiedyś z Zacharskim przez telefon stacjonarny, a następnego dnia fragment tej rozmowy ktoś nagrał mi na skrzynkę komórki. Nie wiem, co o tym myśleć, może ktoś chciał nam dać do zrozumienia, że dobrze wie, czym się zajmujemy? (Dziennik)

(2) komentarzy / skomentuj

Czy PO w tajemnicy zamienia Polskę w państwo Orwela? 07-05-2008 02:05
Platforma Obywatelska nie wyjaśniła sprawy inwigilacji mediów i innych spraw, choć mijają miesiące. Dlaczego?  Bo mają takie same inklinacje? Chcą mieć także niepokornych pod kontrolą?

Okazuje się,  że rząd  PO „chce, by prokurator mógł sam decydować o tym, czyje konto bankowe weźmie pod lupę. Jego właściciel nie będzie musiał mieć nawet postawionego zarzutu. Nowelizacja zdejmuje również obowiązek zaopiniowania wniosku prokuratorskiego przez sąd. A bank będzie musiał udostępnić wszystkie żądane informacje. "To poluzowanie dostępu do tajemnicy bankowej i złamanie prawa do prywatności" - oburza się ekspert ZBP.
Jak rząd uzasadnia potrzebę tak kontrowersyjnej zmiany? Tym, że dotychczas banki, zasłaniając się tajemnicą, często odmawiały udzielania informacji o kontach jednoosobowych firm.
"Brak dostępu do takich kont często paraliżował śledztwa w sprawie np. mafii paliwowej" - mówi DZIENNIKOWI były koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann z PiS. - A takie grupy do swojej działalności przestępczej najczęściej wykorzystują sieć tzw. słupów: podstawionych osób fizycznych, które prowadzą działalność gospodarczą.”


Rozumiem, że Platforma Obywatelska każdego obywatela zacznie podejrzewać o bycie słupem w mafii paliwowej, węglowej i innej…. Ale  premier Donald Tusk przecież zapewniał i nadal zapewnia, że nie traktuje obywateli jak potencjalnych przestępców.

„Eksperci Business Centre Club proponowali wielokrotnie, by prawo do wglądu w konta osobiste mógł mieć tylko prokurator stopnia nie niższego niż okręgowy oraz pod warunkiem, że ograniczy swój wniosek jedynie do ściśle określonego typu transakcji i kontrahentów – pisze Dzennik. - Mimo to ani poprzednie, ani obecne kierownictwo MSWiA nie wprowadziło w swojej propozycji żadnych zabezpieczeń. "Autorami nowelizacji były również resorty sprawiedliwości i finansów" - broni swojego resortu rzecznik MSWiA Wioletta Paprocka. Od innego przedstawiciela rządu usłyszeliśmy, że to dziwne, że resort Zbigniewa Ćwiąkalskiego nie skorygował z propozycji samego Zbigniewa Ziobry."
(2) komentarzy / skomentuj

Czy ta książka może cokolwiek zmienić? 06-05-2008 17:32
Zamknąłem maszynopis książki „Zabić Papałę. Kulisy śledztwa”.  Czy ta książka może cokolwiek zmienić? Gdybym nie wierzył, że pisanie jej ma sens, nie mógłbym pisać. Przytoczę słowa Ryszarda Kapuścińskiego. „Oczywiście jestem świadom wszelkich ograniczeń, jakie stawiają nam okoliczności, sytuacje, historia i czas. Toteż moja wiara, aczkolwiek głęboka, nie jest absolutna, nie jest ślepa.

Na czym polega główne ograniczenie? Na tym, że pisanie rzadko tylko, w wyjątkowych wypadkach, wpływa na ludzi i na bieg historii bezpośrednio, radykalnie i natychmiast. Oddziaływanie słowa pisanego jest raczej pośrednie, a może być nawet  na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, niewidoczne, nieodczuwalne."

(5) komentarzy / skomentuj

Kurski jak nigdy grzeczny. Wpadka z dzieleniem esbeków na swoich i obcych. Czuma lepszy niż Kalisz. 05-05-2008 19:06
Komisja do spraw nacisków zaczęła się leniwie. Dawno nie widziałem takiego ugrzecznionego Jacka Kurskiego. Obawy, że poseł  Andrzej Czuma nie będzie radził sobie  z jej prowadzeniem, jak na razie się nie sprawdzają. Daje sobie lepiej radę niż Ryszard Kalisz, szefujący komisją do sprawy wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy.

Próba obalenia płk Jerzego Stachowiaka ze stanowiska eksperta  komisji zakończyła się wypomnieniem Jackowi Kurskiemu i Arkadiuszowi Mularczykowi tego, że dzielą esbeków, na swoich dobrych i obcych złych.

Były esbek Bogdan Libera występował jako ekspert w sejmowej komisji ds. Orlenu, z pełnomocnictwa Zbigniewa Wssermanna. A Libera to człowiek, który pracował na tak kluczowym dla służb specjalnych PRL miejscu jak Wiedeń, gdzie ukrył się pod płaszczem radcy handlowego polskiej ambasady.

Strategia PIS na komisję (o jej części pisałem w artykule „Prokom i kontra" w Polityce) na razie nie działa. Nie udało się rozpocząć komisji od sprawy afery gruntowej i przesłuchania jako jednego z pierwszych Ryszarda Krauzego. Sprawa byłego ministra sportu Tomasza Lipca, od której zaczyna się komisja, jest dla PIS niewdzięczna, uderzy w ich obóz polityczny, a rykoszetem w Lecha Kaczyńskiego. Lipiec za prezydentury w Warszawie Lecha Kaczyńskiego pełnił funkcję dyrektora Stołecznego Ośrodka Sportu i Rekreacji, był też członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta Polski.

Arkadiusz Mularczyk w "Magazynie 24 godziny", zapytał: „ Kto kieruje komisją śledczą ds. nacisków? Poseł Andrzej Czuma czy ktoś zza jego pleców? Dobre pytanie. Ale warto też zadać kolejne pytanie. Kto kieruje posłami Mularczykiem i Kurskim? Czy oni sami sobą, czy ktoś za ich pleców?
(5) komentarzy / skomentuj

Gadzinowskiego flaszka z Głódziem i wstręt Dorna, czyli PIS wreszcie uznał tygodnik „Nie” 03-05-2008 13:04
Z prezydium Rady Programowej TVP usunięto medioznawcę popieranego przez PO. Na jego miejsce członkowie Rady, związani z PiS i LPR, wybrali dziennikarza tygodnika "NIE" Piotra Gadzinowskiego - ustalił "Newsweek" (Joanna Tańska).

Przypomina mi się niezadowolenie Ludwika Dorna, gościa programu Konfrontacja, który widząc wypowiedź dwóch dziennikarzy tygodnika „Nie”, obruszył się na to, uważając, że nikt nie powinien dawać prawa głosu dziennikarzom pisma, którego naczelnym jest Jerzy Urban. Pamiętam, jak kiedyś chciałem zaprosić do studia Jerzego Urbana i jak na to reagowali prawicowi politycy i publicyści. Przygryzali wargi, jak widzieli go później na ekranie monitora, puszczonego z taśmy.


Czyżby politycy w PIS uznali wreszcie tygodnik „Nie” za taki sam wartościowy tytuł jak reszta prasy?  Nie? Rozumiem, że Ludwik Dorn i tym razem zaprotestował. Wsparli go w tym inni PIS-owscy politycy, którzy bronili abp. Słwoja Leszka Głodzia, gdy ten stawał się metropolitą Gdańskim. Przecież jeszcze kilka dni temu Piotr Gadzinowski na swoim blogu pisał:

„Głódź był stałym ,  abonamentowym wręcz  bohaterem publikacji  w " Nie".    To u nas został " Flaszką " ochrzczony,   my potem sławiliśmy jego miłość do gorzały i chłopaków z żandarmerii wojskowej.
Kiedy  Głodź służył u Kwaśniewskiego -zwierzchnika sił zbrojnych, to bywał na  corocznych przyjęciach  wydawanych przez ówczesnego prezydenta.
I ja tam też  bywałem. I zawsze musiałem oganiać się od podchmielonego  hierarchy  polskiego Kościoła kat.   Głódź po wypiciu płynów alkoholowych przypominał sobie wszystkie / !!!/ publikacje  z " Nie" poświęcone  jemu.   I z flaszką w garści,  najpierw wyszukiwał , potem  dopadał mnie.    Chciał byśmy się napili,  i po wypiciu flaszki przynajmniej,  polubili się (…) 
Problem w tym, że   piję, jak na Polaka,  rzadko. A jeśli już , to tylko z tymi,  których wcześniej choć trochę polubiłem.  Jedynie kurtuazyjny taost dopuszczam ze wszystkimi. Radośnie, towarzysko  pić mogę  tylko z osobami  miłymi  mi. Rzadko niestety.
Głodzia nigdy nie lubiłem. Pomimo jego corocznych  prób wciskania mi rozkochujących płynów, inaugurowania zakochania  przez uchlewanie, nigdy go nie polubiłem.”

Hipokryzja polityków rozdzierających szaty w obronie mediów publicznych wzbudza odruch wymiotny. Ich wiarygodność zawsze można zrewidować poprzez konkretne decyzje personalne w mediach.  I cieszyć się tylko można, że Piotr Gadzinowski idzie w górę, przynajmniej trochę „zasmrodzi” im powietrze swoim brakiem politycznej poprawności.
(4) komentarzy / skomentuj

A co z prokuratorami nadzorującymi pracę Remigiusza Mindy? Tylko kibicowali? 28-04-2008 12:43

(8) komentarzy / skomentuj

Żart dnia 27-04-2008 21:14
W tej chwili w Warszawie i jej okolicach nie działa żadna znacząca grupa zorganizowana - twierdzi rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Sokołowski.

(2) komentarzy / skomentuj

Temat dla komisji w sparwie śmierci Blidy 25-04-2008 23:26
Jest pewien element, który wystąpił po śmierci Blidy. Próby zaangażowania Policji w tę sprawę, ale nie mogę się o tym wypowiadać, to temat na komisję śledczą - powiedział w rozmowie ze mną wysoki funkcjonariusz KGP.

(4) komentarzy / skomentuj

Mafia węglowa istnieje 25-04-2008 15:59
Kiedy z sejmowej mównicy Kazimierz Kutz grzmiał, że nie ma mafii węglowej, doskonale oddawał atmosferę, jaka panuje wokół tej sprawy. Wszyscy najchętniej by zapomnieli o tym, co od lat jest prawdziwym problemem na Śląsku. A problem istnieje. Śląsk toczy gangrena przestępczych związków biznesmenów, szefów firm węglowych, samorządowców, polityków i przedstawicieli prawa.

Straty w obrocie węgla wynoszą od 50 do 150 miliardów złotych. Prawie budżet Polski. Zmieniają się rządy, opcje polityczne i nic z tego nie wynika. Układ korupcyjny trwa. Węgiel na Śląsku jest ponad podziałami politycznymi. Z niego żyją całe rodziny. Trudno rozbić ten układ wzajemnych powiązań, interesów a jest to konieczne, by zmienić Śląsk.

Tragiczna śmierć Barbary Blidy nie powinna przykryć tej prawdy.
(5) komentarzy / skomentuj

Przypadek czy gra? 24-04-2008 23:11

Dzisiejszy Newsweek napisał:
„Latkowski świadkiem ws. przecieku z afery gruntowej
- Sylwester Latkowski zostanie przesłuchany dzisiaj o godzinie 14 - potwierdziła w rozmowie z Newsweekiem Katarzyna Szeska rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
- Jestem zdziwiony, że prokuratorzy w tak ważnej sprawie, po tylu miesiącach pracy zaczynają przesłuchiwać dziennikarzy, którzy zajmowali się sprawą tajemnicy 40. piętra Hotelu Marriott - powiedział w rozmowie z Newsweekiem Sylwester Latkowski. - Nie wiem czego oczekują prokuratorzy tym bardziej, że obowiązuje mnie tajemnica dziennikarska. Wolałbym, żeby prokuratorzy równie gorliwie zajmowali się wyjaśnianiem przypadków nielegalnej inwigilacji dziennikarz - dodał dokumentalista."


Byłem zdziwiony wezwaniem, ale po przesłuchaniu już mniej. Prokuratorzy mieli podstawę wezwać mnie w charakterze świadka. Szkoda, że nie od razu tego uczynili. Czy była to wówczas świadoma decyzja?

Być może Zbigniew Ziobro, Bogdan Święczkowski i Grzegorz Ocieczek (postać, która niesłusznie jest cały czas w cieniu) chcieli mieć pretekst do, tym razem, od pewnego momentu, niby legalnej inwigilacji?

Czy obawiano się, że mógłbym zeznać w sprawie inwigilacji?  Był to okres (od czerwca), kiedy w tej sprawie zwracałem się wielokrotnie m.in do ówczesnego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka (otrzymałem smsa od niego, że wszczął oficjalny bieg), zamierzałem zgłosić się z problemem do sejmowej komisji do spraw służb specjalnych, rozmawiałem o tym z dziennikarzami. Gdybym zeznał to wówczas, należałoby wszcząć oddzielne postępowanie, które nie było na rękę ówczesnym decydentom.

Na pewno już dzisiaj mogę powiedzieć jedno - Nie bez powodu zatrzymano w moim mieszkaniu Janusza Kaczmarka, nie czekając aż wyjdzie i wsiądzie do służbowego samochodu z BOR-owcami, którzy mogli go zawieźć do prokuratury. Chciano upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Media nie okazały się jednak bezmyślnym przekaźnikiem.

Teraz pozostaje mi tylko wyjaśnić  postępowanie Janusza Kaczmarka.  Czy był to ciąg przypadków, czy jego świadoma gra, która miała osłaniać jego osobę?

PS. Rano otrzymałem sms-a: "Googol: W naszym mieście wszyscy to kanalie. Jedyny uczciwy człowiek, to prokurator, a i on też świnia."
(9) komentarzy / skomentuj

Nie najlepszy czas 23-04-2008 22:56
Dla moich bliskich znajomych to nie najlepszy czas.

 M. zmarł ojciec.  Przez kilka ostatnich dni czuwał przy nim. Kilka miesięcy wcześniej zmarła mu matka.

Dwa dni temu po kilkudniowym milczeniu, wreszcie rozmawiałem z (…)
- J. miał wylew częściowy do mózgu, byłem w (…) – wyjawia, ku mojemu zaskoczeniu.
- Częściowy? – pytam.
- Tak, uszedł z życiem ... ale czekamy na skrzep, aby można było go operować. Na razie się nie może ruszać (…) Modlę sie za niego aby z tego wyszedł...

(1) komentarzy / skomentuj

U Maxima w Gdyni 19-04-2008 00:53
Wróciłem z Trójmiasta. Wystawiono do licytacji  nocny lokal „Maxim” w Gdyni-Orłowie. W Polsce znają ten lokal z piosenki zespołu Lady Pank.  Nocny klub, w który Nikoś, w 1974 roku stał na bramce, a potem z trójmiejskimi gangsterami integrował  się z gwiazdami show biznesu.

Rozmówcy z Trójmiasta szykują się na ostrzał, który padnie z poważnych tytułów prasowych wymierzony w Ryszarda Krauze i związanych z nim osób. Ubolewają, że nie wiedzą, czym wszystko się zakończy.
 
Tylko jeden rozmówca wspomniał o wymianie abp. Gocławskiego na abp Głódzia, i ani nie ubolewał ani się cieszył.  Protest bardziej żyje w mediach niż wśród ludzi z Trójmiasta.

- Kto naprawdę z tych krzyczących przeciwko abp. Głódźowi chodzi do kościoła co niedziele? – powiedział.

Ludzie Tuska, wywodzący się  z Trójmiasta zaczynają cierpieć na chorobę władzy i już mają problem z odbieranie telefonów od swoich znajomych. Typowe.

Przed wyjazdem miałem smutną rozmowę z policjantem, który zwracał uwagę na to, że u niego nic się w firmie nie zmienia. Nadal trwa choroba na Naj. Powołuje się kolejne ekipy z najlepszych policjantów, najlepszych analityków.  Potem okazuje się, że ci Naj nie mają nic takiego w swoim zawodowym dorobku. Ile może być tych Najlepszych? I czy jeśli się powoła ekipę najlepszych policjantów do sprawy Olewnika, to w sprawie Papały nie ma już Najlepszych, i czy Najlepszych starczy do innych spraw?
(8) komentarzy / skomentuj

Co się dzieje w areszcie przy Montelupich? 15-04-2008 12:29
Joanna Skibniewska w reportażu "Katownia w Krakowie" opublikowanym na łamach tygodnika "Nie" opisała mroczną rzeczywistość panującą w krakowskim areszcie, gdzie zagłodził się na śmierć rumuński obywatel, Claudiu Crulic.
Skibniewska opowiada o innych ofiary krakowskiego aresztu przy Montelupich, w którym zdarzenia takie, jak to dotyczące rumuńskiego więźnia, wcale nie są wyjątkowe. Przy tej okazji także wyłania się skandaliczny obraz pracy prokuratury w Krakowie.

„Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany. Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie.(…)
Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne.
Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.

Stanisława Chmielewska(…) Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!(…)
Na Montelupich trafił także jej syn, zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem(…)

Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną.(…)

Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne, że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę. Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać, umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki. Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu(…)
Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał(…)

Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę(…)

We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie wszystkich praw człowieka.”
(7) komentarzy / skomentuj

Szef więziennictwa do dymisji 11-04-2008 22:20
W Rumunii kryzys w rządzie po śmierci Rumuna w krakowskim areszcie. Minister spraw zagranicznych Rumunii Adrian Cioroianu zrezygnował z urzędu, krytykowany za niewłaściwe zajmowanie się sprawą Rumuna, który zmarł w Polsce w konsekwencji strajku głodowego w areszcie.

A w Polsce cisza. Kto będzie przejmował się śmiercią głodową jakiegoś Rumuna? Trwa próba zamiecenia  sprawy pod dywan. Przy przyzwoleniu mediów.

Dlaczego do dymisji nie podał się dyrektor aresztu śledczego w Krakowie, płk Stanisław Potoczny, Dyrektor Okręgowy Służby Więziennej w Krakowie, mjr mgr Zygmunt Lizak i Dyrektor Generalny Służby Więziennej,  gen. dr Jacek Pomiankiewicz.
(4) komentarzy / skomentuj

Świeszewski, Ks. Niedałtowski, Huelle i cygaro 10-04-2008 16:41

(2) komentarzy / skomentuj

Chciałbym aby Sopot wyglądał tak, jak dzisiaj Harlem 09-04-2008 23:25
Maciej Świeszewski wrócił wczoraj z Nowego Jorku.
- Dlaczego masz taką depresję po tej podróży? – pytam.
- Zawsze jak ze Stanów wracam do Polski to się zastanawiam… To było za krótko, za intensywnie. Jeszcze dzisiaj poszedłem na Uczelnie i… Ale nieważne…  Tyle wystaw zobaczyłem , byłem na koncercie IV symfonii Beethovena. Widziałem wystawę  „Wierzę w zmiany.” Wielka instalacja…
Jak zderzasz się z tym całym absurdem, z tą niemocą ludzi tutaj. Coraz bardziej rozumiem na czym polega problem Polaków. Nie ma życzliwości i optymizmu. Zaciekłość i zawiść zżera ludzi.
Byłem kiedyś na kolacji ze Zbigniewem Brzezińskim i zapytano go, jaka jest przyczyna klęski Polaków? Odpowiedział: W Ameryce jest dwóch sąsiadów. Jeden ma więcej, drugi więcej, to ten co ma mniej zastanawia sie co on ma zrobić, żeby być lepszym od sąsiada, a przynajmniej dorównać mu. A w Polsce człowiek myśli  jak załatwić sąsiada by nie miał nic.

Maciej wspomina wypad do Harlemu. Był tam poprzednio w 1974 roku.
- To jest w tej chwili piękna część Nowego Jorku. Czysta. Odświeżona. Zaczyna ta dzielnica kwitnąć. Tam jest czyściej niż u nas. Chciałbym aby Sopot wyglądał tak jak dzisiaj Harlem.

Czy można się dziwić temu, że Sławomir Mrożek zamierza po raz drugi wyemigrować z Polski?
– Tak, zamierzam osiąść w Nicei i tam dokonać żywota – mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
(7) komentarzy / skomentuj