| Towarem była prostytutka |
14-12-2005 14:59 |
- Towarem była prostytutka. I ten towar jest określony, jak on wygląda i czy to ma być taka miłość, czy taka miłość. Jeżeli się chcą zabezpieczyć, mówią o tym w chwili zamawiania, a nie w momencie, kiedy już mężczyzna ma ją posiąść - stwierdziła wczoraj na antenie Radiostacji posłanka Samoobrony Renata Beger. Ta od kurników w oczach, długich warkoczy. |
|
| Trądzik i długopisy |
10-12-2005 16:10 |
Ludzie listy piszą. czasami jesteś dla nich jedynym wybawieniem szansą. Są różne prośby i propozycje, czasami takie: „Szanowni Państwo, Zwracam się do Państwa z propozycja nawiązania współpracy, której celem byłoby nakręcenie filmu dokumentalnego (opartego na faktach). Najlepsze scenariusze pisze życie. Jestem młodymm chłopakiem (urodziłem się 15.07.1987), który już wiele w życiu przeszedł. Pozwolę sobie teraz na streszczenie mojej dotychczasowej egzystencji. Mając zaledwie trzy latka wylałem na siebie dzbanek z gorąca herbata. Do dnia dzisiejszego na moim ciele pozostały blizny. W wieku 8 lat razem z kuzynem podpaliłem kanister po benzynie powodując wybuch, który o dziwo przeżyłem. W szóstej klasie szkoły podstawowej na mojej twarzy pojawiły się siec pryszcze. Nie przejmowałem się tym faktem, ale z biegiem czasu trądzik zaczął się 'powiększać'. Technikum kolejowe było dla mnie koszmarem. Miałem niemal cala twarz pokryta pryszczami, koledzy zaczynali się ze mnie wyśmiewać. Ograniczyłem wychodzenie z domu, o kontaktach z dziewczynami nawet nie było mowy. Z obrzydzeniem patrzyłem w lustro. Zwracałem się z moim problemem do kilku lekarzy dermatologów, jednak leczenie przepisywanymi przez nich lekarstwami nie przynosiło rezultatów. Pewnego dnia usłyszałem o bardzo dobrym leku na trądzik - kapsułkach Roaccutane. Dowiedziałem się tez, ze to lekarstwo jest bardzo rzadko przepisywane przez lekarzy ze względu na duża ilość skutków ubocznych. Pomyślałem: 'Musze zdobyć ten lek'. W pierwszej kolejności skupiłem się na pozyskaniu gotówki (koszt jednego opakowania kapsułek wynosi niecałe 400 złotych). Moich rodziców nie stać na zafundowanie mi tak drogiego lekarstwa, wiec byłem zdany tylko na siebie. Za pośrednictwem telegazety przeglądałem oferty pracy. Zainteresowała mnie oferta polegająca na składaniu długopisów we własnym domu. Wysłałem wymagana kopertę i dwa znaczki na adres firmy. Po pewnym czasie otrzymałem ulotkę informacyjna, z której wynikało, ze, aby otrzymać szczegółowe informacje odnośnie prac w domu, musze zakupić katalog, którego cena wynosi 25zl. Zakupiłem. Rzeczywiście była w nim przedstawiona oferta pracy polegającej na składaniu długopisów, lecz aby ja otrzymać musiałem wpłacić kolejna kwotę - tym razem w wysokości nieco ponad 40 złotych. W ciągu dwóch tygodni miałem otrzymać długopisy do złożenia. Minęły trzy tygodnie, a ja nic nie dostałem. Zasmucony faktem stracenia ostatnich pieniędzy postanowiłem zrobić cos podobnego. Za pieniądze pożyczone od kolegi wykonałem ulotkę, pieczątkę firmowa i opłaciłem reklamę. Było warto - już po tygodniu mogłem sobie pozwolić na kupno lekarstwa. Poszedłem do lekarza dermatologa. Do otrzymanej recepty bez zastanowienia dopisałem sobie lek, którego tak bardzo chciałem zdobyć. Następnego dnia udałem się z recepta do katowickiej 'Apteki Europejskiej'. Otrzymałem lek, a wraz z nim lekarstwa przepisane przez dermatologa. Wchodząc z apteki byłem szczęśliwy - nareszcie zacznę normalnie żyć. Moja radość nie trwała jednak zbyt długo. Około trzy tygodnie później otrzymałem wezwanie na komendę policji w Katowicach. Tam przedstawiono mi zarzut sfałszowania dokumentu. Po pewnym czasie otrzymałem pismo z sadu informujące o wyroku, który zapadł w mojej sprawie - dość wysoka kara ograniczenia wolności. Wysłałem pismo do sadu wyrażając swoje niezadowolenie z otrzymanego wyroku. Jakiś czas później dostałem wezwanie na rozprawę w Sadzie Rejonowym. Powiadomiłem o tej sprawie dziennik Super Express tłumacząc, ze to co zrobiłem, zrobiłem pod wpływem depresji - chciałem normalnie żyć. W gazecie zostali zamieszczony artykuł na mój temat. W dzień rozprawy dziennikarz wspomnianej gazety był ze mną na sali sadowej. Efektem rozprawy było zmniejszenie czasu na wykonywanie prac społecznych, a nie ograniczenie liczby godzin przeznaczonych na jej wykonywanie (ja liczyłem na karę grzywny). Odwołałem się od tego wyroku. W gazecie ukazał się artykuł informujący o tym fakcie. Sprawa trafiła do Sadu Apelacyjnego w Katowicach. Zwróciłem się z moim problemem do redakcji dziennika Fakt oraz Dziennik Zachodni. Gazety te również opisały moja historie. Pewnego dnia pojawiły się w moim domu dziennikarki czasopisma Pani Domu z chęcią pomocy i opisania mojej historii na lamach reprezentowanego pisma. Zgodziłem się bez wahania. Nadszedł dzień rozprawy w Sadzie Apelacyjnym. Kara ograniczenia wolności wymierzona przez Sad Rejonowy została zamieniona na karę grzywny w wysokości 200zl oraz koszty sadowe. Ucieszył mnie ten wyrok. Powiadomiłem o nim dziennik Super Express, który od początku śledził moje zmagania. W gazecie ukazał się artykuł informujący o szczęśliwym zakończeniu sprawy.Jakiś czas później w moim domu pojawili się nieumundurowani policjanci. Okazało się, ze jedna z oszukanych przeze mnie osób zgłosiła ten fakt na policje. Przeszukanie pokoju, a następnie przesłuchania na komendzie, prokuraturze. W końcu noc spędzona w areszcie na drewnianej skrzyni. Ciągły płacz. Po południu zostałem przywieziony do domu. Następnego dnia pojechałem do Warszawy z zamiarem popełnienia samobójstwa (rodzicom powiedziałem, ze wyjeżdżam do babci na kilka dni). Zadzwoniłem do kolegi, który mieszka w stolicy. Spotkaliśmy się i porozmawialiśmy. Po nocy spędzonej u niego postanowiłem wrócić do domu. Podczas nocy spędzonej w domu napisałem list pożegnalny. Rano wyjechałem zabierając ze sobą dwie paczki tabletek 'na serce', które bierze mój tata. Chciałem się pożegnać z dziewczyna, która poznałem miesiąc temu, a dopiero potem wziąć te tabletki i się zatruć. Kupiłem jej z okazji pożegnania ładny pierścionek. Tego dnia opowiedziałem jej o wszystkim, przeżyłem tez swój pierwszy pocałunek. Przestałem myśleć o samobójstwie. 8 miesięcy później otrzymałem wyrok - kara jednego roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, dozór kuratora oraz koszty sadowe. Problemy z prawem nie są moimi jedynymi. Mam tez kłopoty ze szkołą. Po skończeniu gimnazjum udałem się do technikum kolejowego. Wraz z kolega byłem klasowym tak zwanym kozłem ofiarnym. Rzucali w nas papierkami, a nawet uderzali tylko, dlatego, ze byliśmy bardzo spokojni. Mnie dodatkowo wyzywali od pryszczatych. Razem z kolega zacząłem wagarować. Rok szkolny minął szybko, przeniosłem się do technikum budowlanego. Na początku roku szkolnego 'wpadłem w oko' kilku dziewczynom. Ich karteczki z napisem: 'Kocham Cię, Grzesiu' rzucane w moim kierunku w czasie niektórych lekcji odbierałem jako żart. Zaczęły się na mnie mścić, obróciły przeciwko mnie niemal cala klasę. W końcu powiedziałem dość. Przestałem chodzić do szkoły. Pojawiłem się w czerwcu, by zabrać dokumenty. Przeniosłem się do innej szkoły. Tym razem do technikum ekonomicznego dla dorosłych. Tutaj tez nie przypadłem do gustu kilku osobom, zaczęły na mnie rozładowywać swoje emocje. Doszedł stres związany ze sprawa sadowa. Po półroczu zamierzam się przenieść do szkoły (liceum ogólnokształcące), w której nauka trwa tylko jeden rok i odbywa się, co dwa tygodnie w soboty i niedziele. Niestety, jest dość kosztowna (nieco ponad 1 000 złotych). Pod wpływem wydatków, które mnie teraz czekają w mojej głowie narodził się pomysł nakręcenia filmu o moim życiu. Zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczyłbym głównie na rozpoczęcie normalnego trybu życia (należności sadowe, koszty przeznaczone na naukę oraz leczenie choroby Raynauda). Mam zdolności aktorskie, na potrzeby tego projektu mógłbym się przeprowadzić do Warszawy. Zrobiłbym wszystko. Mieszkam w (…) niedaleko Katowic). W przypadku zainteresowania się moim pomysłem bardzo proszę o kontakt (najlepiej droga telefoniczna). Z poważaniem...” |
|
| Drugi z Długu |
05-12-2005 09:29 |
„Cześć Sylwester. Wiedziałem, że nie ominiesz tematu ułaskawienia Sikory i Sobótki. Cynicznym nie jest ułaskawienie Sikory (na co oczywiście zasłużył) w ramach zasłonienia dymem ułaskawienia Sobótki. Cynizmem jest ułaskawienie Sławka Sikory i pozostawienie w wiezieniu Artura Brylinskiego. (http://www.dlug.com.pl) Bartek”
|
|
| Gra ułaskawieniem Sikory |
04-12-2005 12:22 |
Nagle ponownie ożyła sprawa ułaskawienia Sławomira Sikory, skazanego na 25 lat więzienia za zabójstwo dwóch gangsterów, znanego z filmu "Dług." Aleksander Kwaśniewski, jego ludzie, uznali, że w związku z nagonką medialną po wszczęciu przez prezydenta procedury ułaskawienia Zbigniewa Sobótki, warto wyrzucić na zewnątrz sprawę ułaskawienia Sikory. Niech media nie zajmują się tylko sprawą ułaskawienia Sobótki. Prymitywne, ale skuteczne zagranie pr-owskie. Cynizm polityków staje się chwilami nieznośny, przyprawia o wymioty. Zimna kalkulacja, a nie łaskawość, sprawiedliwość jest przyczyną podjęcia takiej decyzji przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przez wiele lat zwlekał odmawiał podpisania aktu ułaskawienia. Sikora zdążył już odsiedzieć dziesięć lat więzienia. |
|
| Ta sitwa jest wokół mnie |
01-12-2005 13:09 |
Wpis na forum programu „Konfrontacja”, po wczorajszym odcinku „Układ lekowy”: „Ze strachu przed konsekwencjami założyłem sobie osobny email. Żeby nie być rozpoznanym będę pisał specyficznym językiem. Tą sitwę widzę codziennie na swoich oczach. Syn Pan X jest przedstawicielem firm farm. tzw. rep – rzucił dla tej pracy medycynę – bardzo dobrze mu się powodzi. Pani doktor Y gdy wyjeżdżałem na wakacje z Polski przypisała mi kilka leków „na wszelki wypadek”, których do dziś nie miałem potrzeby użyć – bezsens. Zapłaciłem za nie parę złotych, ale faktyczna ich cena wyniosła ok. 200zł. Tak już było wiele razy, ale dopiero po lekturze prasy np. Wprost doszedłem do wniosku coś jest nie tak (...) Przestałem się leczyć u niej, rozważam zmianę przychodni (...). Pani doktor Y wybudowała sobie wielki dom, pytania, z czego miała na niego kapitał(...). Znajomy Lekarz V dostał od firmy farmaceutycznej laptopa, na którym jego syn grywa sobie teraz w gierki(...). Pewna firma produkującą „gadżety reklamowe (...)” najbardziej sobie chwali firmy farmaceutyczne – zamawiają dużo, płacą w miarę szybko. Ta mafia jest straszna. Dlaczego w Polsce farmacja nie jest tak przejrzysta jak w UK (...)?! ps. Przymierzam się do otwarcia firmy, jeśli interes nie wypali, wyjeżdżam do Anglii na stałe (...). Mam 21 lat (...).
|
|
| Czy pies kręci ogonem, czy ogon psem? |
27-11-2005 23:53 |
Ostatnio każdy z moich rozmówców wspomina o „czarnym pijarze”. Tekstach inspirowanych przez konkretne osoby lub służby. Marek Balicki, były minister zdrowia, opowiedział mi o konferencji prasowej, na której pojawiło się tylko dwóch, trzech dziennikarzy, a reszta to „pijarowcy” zainteresowanych firm farmaceutycznych. Każdy z dziennikarzy styka się „pijarem” i „pijarowcami”, ludźmi służb, którzy chętnie służą pomocą, informacją, dokumentami, opracowaniami. Załatwią spotkanie, kontakt. Czy korzystanie z takiej pomocy jest z gruntu złe? Zostawmy oderwanych od życia etyków, a zwłaszcza tych, którzy nie mają pojęcia o dziennikarstwie śledczym, ci, zawsze skrytykują. Moja odpowiedź? Na takie działania każdy człowiek z mediów jest skazany. Czasami nie ma wyboru i musi korzystać z takiej pomocy. Problemem wydaje się jednak brak powiedzenia o tym wprost. Wstydliwie przemilcza się to, bo jakże wtedy inaczej wygląda praca dziennikarza. Bezlitośnie obnażona zostaje prawda o żmudnym wielomiesięcznym dziennikarskim śledztwie. Ile nagrodzonych tekstów było podanych na tacy? Wiele. A ta kwestia powinna wreszcie wyjść na powierzchnię świata mediów, bo za wieloma tekstami stoją osoby lub firmy „pijarowskie”, przedstawiciele służb: policji, wojska, ABW, WSI, które w tekście zastępuje się sformułowaniem wytrychem - „nasze śledztwo dziennikarskie ustaliło, wykryło, doprowadziło do wniosków”. Pracując nad tematem gospodarki lekowej, kilkakrotnie spotkałem się z takim działaniem. Jeden z rozmówców posunął się do tego, że przedłożył mi po prostu napisany cały artykuł. Wystarczyło tylko podpisać swoim nazwiskiem i po sprawie. Po co się męczyć, tracić czas, skoro wszystko zostało zrobione? Przyznam, że w pierwszej chwili, nie wiedziałem, jak zareagować – wyrzucić za drzwi? Czy spokojnie zapoznać się z treścią, zweryfikować i wziąć z przygotowanego artykułu, to co jest prawdą, zostawiając na boku tupet informatora. Po kilku dniach jednak nie wytrzymałem i mu nawrzucałem. Ale z niektórych informacji skorzystałem. Dodać muszę, że mój informator był zdziwiony reakcję, nie rozumiał, o co mi chodzi, przecież prosiłem go, by przygotował materiały, więc to uczynił. Na ile udaje mi się nie zostać zmanipulowanym tego do końca nigdy nie będę wiedział. Na szczęście próbują wpływać na mnie różne grupy, więc jedna na drugą dostarcza kwitów, haków, pomówień. Ale chwilami dochodzę do konstatacji, że trudno powiedzieć, czy pies kręci ogonem czy ogon psem. Felieton opublikowany na łamach dziennika Metropol |
|
| Oni, czyli kto? |
24-11-2005 12:28 |
Praca nad tematem gospodarki lekowej w Polsce. Narodowy Fundusz Zdrowia. Ministerstwo Zdrowia. Firmy farmaceutyczne. Spotkania do pierwszej, drugiej w nocy. Bezustanne telefony i coraz większe poczucie, że nic już nie jest prawdą. Sprawy oczywiste okazują się mieć drugie dno. Każdy ma swoją wersję zdarzeń, prawdę. Przy tym każdy przedstawia siebie jako ofiarę systemu, układu. Kto tworzy ten układ? Oni. Oni, czyli kto? |
|
| Tak jak Papała |
20-11-2005 22:52 |
„Nie chcę by mąż skończył tak jak Papała. Mamy trzyletnie dziecko”– rzuca do mnie rozpaczliwie żona Michała Kamińskiego, vice prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. Kilka tygodni temu opuścił areszt. Spotykam się z nimi w związku z pracą nad najbliższym programem „Konfrontacja” i tekstem dla tygodnika „Wprost”. Trudno wówczas cokolwiek odpowiedzieć. Przerwać pytanie i zapuścić nad wszystkim zasłonę milczenia? Kolejne brudy zamieść pod dywan? Mam świadomość, że oni teraz powierzają mi kawałek swego życia. Los. A żadnych gwarancji nie mogę im dać. Prawda w artykule, reportażu w cale nie oznacza, że przełoży się to na to, co potocznie wyraża się słowami - sprawiedliwości stanie się zadość. Wielokrotnie łamali sobie zęby ci, którzy przekonani byli o sile czwartej władzy, czyli mediów. Częściej doświadcza się bezradności.
|
|
| Moje osiedle |
19-11-2005 20:59 |
E-mail od szesnastoletniej Veny ze Śląska: „Siema! Oglądałam Pana film"Blokersi" i jest zajebisty. Myślał pan może nad kontynuacją Blokersów? Ja sama mieszkam na wielkim Katowickim bokowisku nazywane Katowickim Bronxem - WITOSA! Jestem podobno trudna młodzież… Mój ojciec umarł w wakacje, bo się na śmierć zachlał... Teraz w domu smutno, ale za to jaki spokój, bo nie ma awantur… Moja mama ciągle w pracy. W wakacje powiesił się mój przyjaciel bo zerwała z nim laska... w 2000 zabił się nasz idol i przyjaciel mojego kuzyna Magik. Ja mam rodzinę na osiedlu, z nimi mogę płakać, śmiać się, fazować, imprezowa, po prostu wszystko. Moje osiedle mnie wychowuje. Nieraz dostałam od życia po dupie, ale dzięki ludziom na których zawsze mogę liczyć dalej, zapierdalam do szkoły i chcę coś osiągnąć ! A dorośli powinni starać się nas skumać, a nie tylko wytykać paluchami! Gdyby w ich świecie panował taki podział jak w naszym byłoby lepiej… VeNa” |
|
| Człowiek w zagrożeniu |
18-11-2005 18:42 |
Przewodniczę jury jubileuszowego XV Festiwalu Mediów "Człowiek w zagrożeniu" w Łodzi. Przy dwudziestym którymś filmie usypiam. Teresa Torańska budzi mnie i przywraca do rzeczywistości ekranu kinowego. Dawka filmów dokumentalnych i reportaży staje się trudna do zniesienia. Bo w większości to wytwory fastwoodowe. Kolejne przemielenie tego samego tematu, zero wnikliwości. Brak odwagi. Pójście na łatwiznę. Po pierwszych minutach wiadomo już jakie będzie zakończenie. Gdyby nie „Szczur w koronie” Jacka Bławuta uznałbym, że ten czas był zmarnowany. Od pewnego momentu obradom jury towarzyszy butelka Jacka Danielsa. Tylko Teresa Torańska się wyłamuje i wspiera się lampkami czerwonego wina. Nie znosi whisky. Ale to rzeczywistośc na ekranie jest pijana, nie my. |
|
| Podupadły prokurator |
16-11-2005 08:38 |
Polska prokuratura od dziesięciu miesięcy ściga dziennikarza Cezarego Łazarewicza i redaktora naczelnego „Przekroju” Piotra Najsztub za „graficzne wyeksponowanie dwóch środkowych sylab w wyrazie „poDUPAdły”. Zostali oskarżeni o znieważenie funkcjonariusza publicznego, czyli prokuratora Grzegorza Talarka z Grójca. Grozi im do roku więzienia. Śmiesznie i smutno. |
|
| Wybielanie |
10-11-2005 23:36 |
„Ktoś za bardzo się posunął w wybielaniu morderców ks. Jerzego Popiełuszki”, tak Jerzy Kapuściński, dyrektor programowy TVP Kultura, skomentował to, co zrobiono z felietonem w programie „Konfrontacja”. Dzień później zaczepia mnie na korytarzu w telewizji Krzysztof Gierat, szef agencji filmowej i pyta, kto był taki mądry, że podjął taką głupią decyzję? Na kilkanaście minut przed wejściem na żywo poinformowano mnie, że po konsultacji z prawnikami postanowiono zaingerować w archiwalne materiały z procesu toruńskiego i nakazać redaktorce wymazać twarze Piotrowskiego, Pękali i Pietruszki. Awantura w reżyserce na nic się zdała. Jedyne co mi pozostało to odciąć się na wizji od tej skandalicznej ingerencji. Ale ciąglę nie potrafię uwierzyć, ze dwadzieścia jeden lat po tej zbrodni nadal niektórzy chcą cenzurować współczesną historię Polski, a tym są zdjęcia z procesu morderców ks. Popiełuszki. |
|
| Warszawska middle class |
06-11-2005 21:32 |
Stanisław Rosiek, wydawca Słowo obraz/terytoria dał mi kilka dni, bym przesłał ostatnie zapiski z mojego bloga. Przyznam, że nie potrafię napisać ostatniego puentującego wpisu. Być może dlatego, że nie zamierzam, z chwilą wysłania książki do drukarni przerwwać jego pisania. Popijam Cuba Libre i przeglądam blogi, na które od czasu do czasu wchodzę. Któryś z linków to Blog Skacowanej(www.skacowana.blog.pl). Prawniczki w średnim wieku.
Dwa miesięce temu opisała swoją dekadę, która doskonale portretuje losy kariery warszawskiej middle class. „Dokładnie dziesięć lat temu przyjechałam do Warszawy. Kompletnie w ciemno. Wiedząc gdzie jest Pałac Kultury i Chmielna. Z trzystoma funtami – zarobionymi na ten cel w wakacje. To był taki pomysł na życie. W home town mogłam pracować w pracy załatwionej przez ojca. Ale ŚP już nic nie mógł. Pomyśleliśmy, że skoro ludzie za chlebem jadą do Australii, to Warszawa jakby nie było bliżej. Rodzice nie odzywali się do mnie przez pół roku.
Na Centralnym kupiliśmy Wyborczą i z budki telefonicznej dzwoniliśmy po ogłoszeniach dotyczących wynajęcia mieszkania. Jakiś agent wsadził nas w samochód i woził po różnych kawalerkach. Przy trzeciej krzyknęliśmy chórem – „ta!”. Bo miała fajną podłogę. Z sosnowych desek. Nawet nie przyszło nam do głowy zapytać gdzie jesteśmy. I tak by nam to nic nie powiedziało. Potem okazało się, że to zielony i pieprzony był. Do dzisiaj mam sentyment do tej dzielnicy. Mieszkaliśmy tam trzy lata.
Pierwszą pracę zorganizował mi gość poznany na ulicy. Jak widać NK nie był pierwszym facetem w moim życiu, którego poznałam na ulicy. Tego zapytałam o drogę. Podprowadził. Potem zaprosił na kawę. Gdy w trakcie rozmowy wyszło, że szukam roboty wziął ode mnie CV. Za trzy dni zadzwonili z hamerykańskiej korporacji. Idąc na rozmowę kwalifikacyjną, a także w trakcie tej rozmowy nie miałam pojęcia o jaką pracę się staram. I dobrze – bo prawdopodobnie bym tam nie poszła. A tak dostałam robotę. Za pieniądze, jakich wcześniej na oczy nie widziałam. Całe 1500 zł. Na stanowisku zastępcy kierownika sieciowej pizzerni. Matko święta – jaki to był strzał w ambicję. Świeżo upieczona mgr prawa liczy placki na pizzę i sprawdza stan czystości sanitariatów. Ale na przeżycie było. I gdy po trzech miesiącach podziękowaliśmy sobie za współpracę to do CV wpisałam „asystentka menedżera” u Hamerykańców. Dzięki temu po tygodniu zostałam już prawdziwą asystentką skośnookiego prezesa. Nazywał się dżang dżeng li. I autentycznie na moim punkcie zwariował. Zapraszał na kolacje gdzie płynęło wino – sześć stów flaszka. Uczył jeść pałeczkami. I zdejmować buty w koreańskim mieszkaniu. Ale nie było nie-kulturalnie. Strasznie zakochana wtedy byłam. A dżang był żółty i sięgał mi pod pachę.
Idąc do tej roboty – na prawdziwą asystentkę – niekoniecznie wiedziałam jak wygląda komputer. Przed dniem pierwszym poszłam do sąsiada. „Pokaż mi jak to się włącza.” Tu guzik. Tu wpiszesz „win” – a potem się zorientujesz po obrazkach. Faktycznie. Małpa by się zorientowała. Za to mój szef nigdy się nie zorientował, że zatrudnił pannę, co wcześniej nie widziała klawiatury. A może zaafektowany tylko udawał ?
Wymiękłam gdy awansował mnie na administracyjną i okazało się, że mam ewidencjonować krzesła. Poszłam do sejmu. Żeby się tam dostać trzeba było zdać jakieś egzaminy. No to zdałam. Myślałam, że zarobię mniej – ale za to zbawię ludzkość. Nie zbawiłam. Nigdy więcej pracy w urzędzie. Gdy odchodziłam pan dyrektor powiedział, że nie na tego konia postawił. Do dzisiaj nie wiem, o co mu chodziło. W sejmie było dużo czasu. Wyszłam za mąż.
Ponieważ już wiedziałam, że pracą to się świata nie zbawia – postanowiłam z powrotem zarabiać pieniądze. Amerykański koncern tytoniowy spełnił mi tą zachciankę. Zarabiałam. Na delegacjach sypiałam w Hiltonie. Jeździłam służbową vectrą. Lobbowałam wśród osób znanych z telewizora. Strasznie głupie te osoby były. Od tamtego czasu muszę się zmuszać do czynnego uczestniczenia w wyborach. Bo one nadal czynne „zawodowo”. Los jednak chciał, że zaszłam w ciążę. Zaczęły się jazdy z hasłem „nielojalność” w roli głównej. Pokazałam środkowy palec i poszłam na zwolnienie. Oczywiście tam nie wróciłam. W międzyczasie postanowiłam zdać na aplikację.
Zdałam. Jedyna firma, która zechciała mnie zatrudnić z niemowlęciem i aplikacją w posagu - okazała się pewnym wydawnictwem. To była pierwsza praca, która przynosiła mi radość i satysfakcję. Tam zaczęłam chodzić do sądu. Niestety była to też pierwsza praca, z której nie odeszłam z własnej woli. Zwolnili mnie grupowo po fuzji z innym dużym wydawnictwem. Niech ich szlag. Za pół roku egzaminy końcowe, więc jak tu szukać czegoś nowego. Po miesięcznym wydawaniu odprawy na Jaworzynie, w ramach zaleczania doła - uznałam, że czas na własny biznes. A Młody nauczył się jeździć na nartach. Miał dwa i pół roku i był maskotką na stoku. Ja oczywiście jeździłam za nim na sankach – bo na nartach nie umiem – więc też nie pozostawałam niezauważona. Wdzięczny duecik z nas był. Narciarze kładli się ze śmiechu.
Własny biznes mam do tej pory. W momencie właściwym, czyli po zdobyciu uprawnień przekształcił się w kancelarię. Mam już trzecie z kolei biuro. Każde kilometr bliżej do centrum. Mam też Wspólniczkę i dwójkę pracowników. Bardzo zdolne dzieciaki. Jak również powszechnie wiadomo zdążyłam się w międzyczasie rozwieść, zacząć pisać bloga i przekłuć pępek.
No i dziesięć lat minęło jak z bicza strzelił.”
|
|
| Możemy tylko pytać |
05-11-2005 21:52 |
Wyjazd do Słubic i Gorzowa Wlkp. z Piotrem Pytlakowskim. Sprawa wrobionych przez przestępców policjantów. W tle konflikt z Biurem Spraw Wewnętrznych Policji i prokuraturą. Przez cały czas natrafiamy na kneblowanie ust naszym rozmówcom. Szefowie na wieść naszego pobytu przypominali policjantom, że nie mają prawa jakiegokolwiek kontaktu z mediami. Nawet zastępca komendanta powiatowego w Słubichach policji w czasie rozmowy z nami ma anioła stróża z komendy wojewódzkiej, ich rzecznika prasowego. Kiedy pytam komendtanta, co czuł jako człowiek, nie jako urzędnik policyjny, gdy po raz kolejny jego podwładnego młodszego aspiranta Stanisława Szafrana w centrum miasta, zatrzymywała grupa antyterrorystyczna, z kominiarkami, długą bronią, przy żonie, małym dziecku, upokarzając na oczach całego miasta, czyniąc to chwilę po tym jak Szafran uzyskał drugie uniewinnienie przez rejonowy sąd, czerwienieje i prosi o chwilę namysłu. Wychodzi z gabinetu. Po nagraniu już nie zważając na przedstawiciela komendy wojewódzkiej mówi wprost, że to świństwo i idzie się upić. Tak, idzie się napić. „Możecie przyjechać to i sfilmować. Mam już tego dość.” Godzinę później rozmowa z zastępcą prokuratora okregowego w Gorzowie Wlkp. Ten nawet nie zająknie się, kiedy z Piotrem Pytlakowskim zwracamy mu uwagę na wyjatkową zajadłość w stosunku do policjantów, a w szczególności do Stanisława Szafrana. Pomimo dwukrotnego uniewinnienia nadal prokurator nie potrafi przyznać się do błędu i wraz z biurem spraw wewnętrznych komendy wojewódzkiej policji w Gorzowie Wlkp. nie dają mu spokoju, zakładają kolejna, trzecią sprawę i aresztują. W areszcie zostaje pobity. Na widzenie z adwokatem, zostaje przyniesiony przez strażników więziennych, nie może iść o własnych siłach, pozbawiony jest świadomości, tak, że adwokat nie może z nim nawiązać kontaktu. Rodziny i koledzy bezskutecznie ślą listy wzywajace o pomoc, protestując: „Przecież on ma swoje prawa jak każdy inny obywatel i nie może być traktowany jak niewolnik.” Nad ranem, kiedy dobijamy do Warszawy mówię, że jedyne co czasami możemy zrobić to przywrócić honor ludziom pomawianym, ich rodzinom, których wymiar sprawiedliwości potraktował jak najgroźniejszych przestępców. Bo wydaje się, że Stanisława Szafrana system sprawiedliwości już zmiażdżył. A my, media, jesteśmy za słabi by ich powstrzymać. Bezradni. Możemy tylko pytać, pytać i pytać… |
|
| Pieniądze od teściowej |
05-11-2005 20:07 |
Jestem z Marcelem, synem, w sali zabaw. Podchodzi do mnie mężczyzna, mówiąc, że oglądał z bratem ostatni program „Konfrontacja” poświęcony misji w Iraku. „Tam było jeszcze gorzej niż Pan pokazał. Nie mieli porządnej broni. Kupowali za sorty mundurowe kamizelki od amerykanów. Mojemu bratu teściowa wysyłała pieniadze by sobie dokupił na bazarze od Arabów szyne do broni. Na początku wyjeżdżali w teren pijani, bo się bali.” |
|
| IPN milczy |
03-11-2005 13:05 |
Agnieszka Żmijewska, redaktorka programu „Konfrontacja” dzwoni do mnie, że nikt z IPN-u nie chce przyjść do studia i odnieść się do zarzutów. Prokurator prowadzący sprawę Przemysław Piątek ma zakaz występu. Jak to? Przecież tydzień temu widziałem go na żywo w studio TVN24? Wtedy chętnie się wypowiadał, a Naczelnik Oddziałowej Komisji Ściggania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, prokurator Ewa Koj nie wysyłała faksów tłumaczących, dlaczego on nie może kontaktować się z mediami. Każę je słać kolejne pisma do IPN. Przestaję rozumieć, jak to jest, ze instytucja powołana do ścigania tych zbrodni coraz mniej ma wspólnego z nią poza archiwizowaniem akt i ich utajnianiem. |
|
| Zamordować to śledztwo |
02-11-2005 19:01 |
Lublin. Rozmowa z Leszkiem Pietrzakiem z Instytutu Pamięci Narodowej o śledztwie w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki i funkcjonowania zorganizowanej grupy przestępczej w strukturach resortu spraw wewnętrznych PRL, w latach 1956-1989. Kiedy odprowadza do samochodu rzuca: „To śledztwo jest mordowane. Jeśli w ciagu dwóch lat się nic nie zmieni, będzie po nim.” Obecnie przebywa na urlopie. W IPN nadal pracuje, ale tylko dlatego, by nie podniesiono krzyku, że wyrzuca się kogoś, który chce ujawnić prawdę tamtych lat. Przychodzi do pracy i nic nie robi bo nie może robić. Nie ma dostępu do akt sprawy, którą prowadził. |
|
| O co chodzi w sprawie ks. Popiełuszki? |
01-11-2005 11:02 |
W Polsce są rewiry spraw, w które nie warto się zapuszczać, bo można doświadczyć pustki wokół swojej osoby. A kiedy zacznie się głosić prawdy inne niż powszechnie uznane, wtedy natychmiast otrzymuje się etykietkę oszołoma, nawiedzonego.
Jednym z przykładów osoby, któremu dorobiło się gębę „image fantasty” jest prokurator Andrzej Witkowski.
Ten prokurator swoim żmudnym śledztwem zadał kłam obowiązującej od lat wersji śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. W momencie, kiedy zaczynał być o krok od wyjaśnienia okoliczności mordu i po raz pierwszy zamierzał postawić zarzuty inspiratorom zbrodni, odebrano mu sprawę i przekazaną ją do Katowic.
Ostatnio, jakby niepomny tego co stało się z prokuratorem Witkowskim, Wojciech Sumliński opublikował książkę poświęconą śmierci ks. Popiełuszki pt. „Kto naprawdę go zabił?”. Jak się można było spodziewać natychmiast nastąpił atak. Padają zarzuty, że autor książki „bazował jedynie na wybiórczo cytowanych fragmentach dokumentów pochodzących z akt śledztwa”, używał „tych, które „pasowały” do lansowanej tezy.” Wszystko to oczywiście w trosce o to, by ta książka „nie dezinformowała czytelników odnośnie stanu śledztwa, zebranych w nim dowodów oraz wynikających z nich informacji.” Kto się o to troszczy? Ano szefostwo obecnego IPN!
Przy tym nie zostawiając suchej nitki na Sumlińskim jakoś szefostwo IPN nie chce wyjaśnić, dlaczego obecny prokurator prowadzący postępowanie Przemysław Piątek jeszcze nie zdążył przeczytać akt śledztwa, a w ciągu roku zdołał zaledwie przesłuchać trzech świadków? Dlaczego w ogóle tą sprawą zajmuje się tylko jeden prokurator, a sprawą katyńską, pomimo, że nikt w niej nie będzie oskarżany, zajmowało się 12 prokuratorów? Dlaczego nic się nie mówi o procesie zacierania śladów, w latach 1989-1990 zniszczono część dokumentacji dotyczącej tej sprawy i związanych z nim działań MSW.
Sumliński pyta w książce: Czy fantastami są milicyjni płetwonurkowie, którzy zeznali, że dwadzieścia lat temu zmuszono ich do kłamstwa w sprawie wyłowienia zwłok ks. Jerzego, i dziesiątki innych świadków, których zeznania wskazują, że w sprawie morderstwa ks. Popiełuszki tylko dwa fakty (data i miejsce) są prawdziwe?
Analizując ostatnie wypowiedzi przedstawicieli IPN można odnieść wrażenie, że raczej interesuje ich walka z Sumlińskim i Witkowskim, a nie dopadnięcie wszystkich osób, które stały za zbrodnią.
Myślę, że dzięki m.in. takiej postawie IPN prawda o tym wydarzeniu nie została całkowicie odsłonieta. A mija dwadzieścia lat.
Felieton opublikowany na łamach dziennika "Metropol".
|
|
| Noc długich noży |
31-10-2005 17:57 |
Wielu moich znajomych widząc zaprzysiężenie rządu Marcinkiewicza komentuje tak, jakby ogłoszono żałobę narodową. Kaczyńscy będą mieli teraz władze cara. Nastąpi noc długich noży. A kiedy odpowiadam, że w tym kraju od dawna patrzac na to, co się dzieje, otwierał mi się w kieszeni scyzoryk, regują zdziwieni i obruszeni – Chyba nie stałeś się „pisowcem” Przeciez ty ich dobrze znasz? |
|
| Irak – misja kompromitacja |
27-10-2005 10:38 |
Dwa smsy, które napłynęły w czasie programu „Konfrontacja” zatytułowanego „Irak – Misja kompromitacja.” Sms pierwszy: „Jestem żoną oficera, który wrócił z Iraku. Mam 28 lat i jestem siwa. To koszmar, Boże.” Sms drugi: „Gdzie się kończy logiga tam się zaczyna wojsko.”
|
|
| Saint Tropez |
26-10-2005 17:44 |
Taśma z reportażu "Irak- misja kompromitacja". Żołnierz. Uczestnik misji Irackiej. Nagranie z października 2005: „To są nasze samochody opancerzone (Stary). Nie wiele wytrzymują. Po prostu nie mają pancerza. Jeździły tylko takie gołe samochody. Nazywaliśmy je „Saint Tropez, czyli otwarte na słońce, wszędzie przewiew, żadnej osłony. Żołnierze musieli być tam wszechstronni. Musieli być złomiarzami, spawaczami, mechanikami, którzy sobie zlepią opancerzony samochód bojowy. Przez dwa miesiące próbowaliśmy sobie załatwić blachy by obspawać nimi samochody. Spawarką, którą przywiozła na lewo eikpa remontowa. Ale jak była wreszcie spawarka, to nie było elektrod i trzeba sobie było je jakoś załatwic. Wiadomo, Polak sobie jakoś poradzi i z Arabami zatrudnionymi u Amerykanów można było sobie załatwić za sorty mundurowe elektrody, którymi można było dokończyć dzieła. Amerykanie byli pewni podziwu. Mówili, że albo jesteśmy tak odważni, albo głupi.
Czy byłem dumny, że jestem tam polskim żołnierzem? Gdy byliśmy wyśmiewani przez amerykanów, czym my jeździmy, kiedy chodziliśmy po złomowcach by znaleźć kawałek blachy lub chodzic do nich i prosić się by coś można było zdemontować z ich hamera, którego już nie używają… Wtedy ciężko było zachować dumę. Za mojej zmiany było tak , że jednostki specjalne nie miały tzw. rakowego sprzętu. Tak jak my spawaliśmy te samochody oni musieli doposażyć sprzęt w różny sposób. Albo prosili amerykanów albo kupowali na bazarze jakieś części od Arabów na bazarze.
Najważniejszą rzeczą jest to by zwrócić uwagę, jaki jest skład tej misji? Ilu tam żołnierzy tam naprawde pracuje. Ile jest tam etatów pułkownikowskich? Amerykanie się z nas smieją. U nich oficer w stopniu półkownika to jest rzadkość, a u nas… Dwie trzecie kontyngentu siedzi w bazie i przewala papiery. Przez pół roku ma w zasadzie drogę od campu do sztabu i od sztabu na stołówkę.
Czemu my tego nie widzimy? (Pytam żołnierza). Dlatego, że media mogą zobaczyć tytko to, co wojsko im pokaże. Siedząc w bazie nie wiele zobaczą. Nie mają możliwości wyjazdu. Są skazani tylko na informacje, które przekaże im wojsko.
|
|
| Wolność polskiej prasy |
24-10-2005 22:42 |
Rozmawiam z Marcinem Trzcińskim, który komentując wygraną Pis-u na wszystkich polach: parlament, prezydent, rząd, rzuca, że teraz sprawdzimy siłę czwartej władzy. Przypominam mu na to, że spadliśmy o 21 pozycji w Światowym Rankingu Wolności Prasy. Zajmujemy 53 miejsce, najniższe wśród klasyfikowanych państw Unii Europejskiej. Podobny poziom wolności prasy reprezentuje Mongolia. |
|
| Ludzie się po prostu boją |
19-10-2005 08:51 |
Otrzymałem e-mail od Marcina Lasonia, doktora nauk humanistycznych z zakresu nauk o polityce o specjalności stosunki międzynarodowe, który dzieli się problemami na jakie natknął się zajmując udziałem polskich żołnierzy w Iraku. Od kiedy zacząłem realizować program o naszej misji, najczęsicej wymieniane słowo to WSI,a raczej Wieś, bo tak potocznie mówią żołnierze o wojskowych służbach informacyjnych. Spotkania odbywają się w sposób uniemożliwiający namierzenie, rozmowy poprzez budki telefoniczne i ciągłe obawy rozmówców. Żadnych twarzy, koniecznie zmienić głos. Lek przed nagrywaniem.
Marcin Lasonia pisze: „Próbowałem tam pojechać by opowiedzieć o faktycznym przygotowaniu naszego wojska do tego typu misji, niestety nie okazało sie to możliwe. Jeżeli interesują Pana szczegóły- dość ciekawe- owych starań to chętnie udzielę na ten temat informacji. Nie wiem, w jaki sposób zrealizował Pan program na 26 X, mi w chwili obecnej udało sie przekonać kilku uczestników misji w Iraku do spotkania i opowiedzenia o tym, jak tam jest faktycznie. Jest to trudne, bo Ci ludzie sie po prostu boją. Wspaniale byłoby również, gdyby ktoś wreszcie dotarł do sposobu podjęcia decyzji o użyciu polskich żołnierzy w walkach w Iraku, niestety wielu dziennikarzy jest w pewien sposób skrępowanych i wokół tej kwestii ciągle panuje cisza.”
|
|
| Pięć tysięcy złotych |
17-10-2005 18:27 |
Władza może cię zniszczyć. Pozbawić wolności, zszargać ci dobre imię, doprowadzić do bankructwa a przynajmniej do strat materialnych, a potem wykręcić się kwotą 5 tysięcy złotych odszkodowania. Tymczasem odpowiedzialny za to przedstawiciel władzy zostanie za to mianowany dożywotnie na prokuratora krajowego z miesięczną pensją dwukrotnie przekraczającą orzeknięte odszkodowanie. Pierwszą osobą jest Roman Kluska, drugą prokurator Wiesław Nocuć. Demoralizujący jest wyrok Krakowskego sądu okręgowego, który przyznał 5 tys. zł zadośćuczynienia nowosądeckiemu przedsiębiorcy za niesłuszne zatrzymanie. Jednocześnie sąd oddalił jego wniosek o prawie 1,5 mln zł odszkodowania. Demoralizuje niewspółmierność strat jakie poniósł Kluska i brak kary dla odpowiedzialnego za to przedstawiciela władzy. Jak tu mówić o poczuciu sprawiedliwości?
|
|
| Sprawa Jeneralskiego |
09-10-2005 13:13 |
Sprawa oświadczenia obecnego posła a do niedawna prowadzącego telewizyjne „Wiadomości” Sławomira Jeneralskiego wydawać się by mogła powinna wywołać burzę w mediach, a sprowadziła się do kilku felietonów i tekstów wielkości znaczka pocztowego. Naiwnie ktoś mógł sądzić, że stanie się przyczynkiem do poważnej dyskusji o agenturze służb w mediach.
Rok temu trafiła do mnie lista osób pracujących na Woronicza, które podejrzewane były o związek z WSI i innymi tajnymi służbami. Ujawnił je wysokiej rangi oficer wkurzony za opis jego osoby w kilku relacjach telewizyjnych. Tak, jak to zwykle bywa chodziło o zemstę a nie o szlachetne działanie, by usunąć z telewizji publicznej osoby, które współpracując ze służbami plamią honor tejże instytucji. Kilku dziennikarzy próbowało dobrać się do tego tematu, co zakończyło się powierzchownym ujęciem w artykule w nieistniejącym już „Życiu”.
A problem istnieje. W rozmowach z funkcjonariuszami różnych służb, co jakiś czas niby to mimochodem rzucają oni te i inne nazwiska dziennikarzy, który to niby są agentami, informatorami lub wykonują dla nich zlecenia, publikując teksty na zamówienie. Osobiście doświadczyłem prowokacji przez osobę, która to mimo nawet medialnych enuncjacji, kilka miesięcy później stała się główną postacią programu interwencyjnego. Rozmowa o tym, z jej szefami, spełzła na niczym.
W mediach jest jakaś szczególna miłość do munduru, służb, wojska i policji. Wystarczy zajrzeć do niektórych gabinetów, pokoi redakcyjnych, gdzie w widocznych miejscach widnieją emblematy policyjne lub wojskowe. Respekt do służb mundurowych jest wyczuwalny. Wystarczy podjąć jakiś temat związany z tymi instytucjami. Od razu zagęszcza się atmosfera. Następuje poruszenie. Wszystko okazuje się być tajne i godzić w dobro kraju. Nagle ma się do czynienia z cenzorami, którzy sami od siebie wyznaczają co można i należy powiedzieć.
Ta uległość do służb mundurowych jest szczególnie widoczna w TVP. Być może dlatego policjanci i wojskowi, z którymi się zetknąłem o telewizji publicznej mówią „nasza telewizja”. Bardziej skuteczne są ich interwencyjne telefony w TVP niż TVN.
Zamienianie sprawy Jeneralskiego tylko w artykułowanie głosów oburzenia na jego osobę jest hipokryzją. Jeneralski nie był i nie jest jedynym agentem pracujących w mediach. Nasze środowisko, które lubi tak wystawiać cenzurki innym jakoś samo nie potrafi zająć się sprawą wpływu służb na media.
Felieton opublikowany na łamach dziennika Metropol. |
|
| Prawda według Szmajdzińskiego |
07-10-2005 18:58 |
Po emisji programu urażony minister obrony narodowej Jerzy Szmajdziński postanowił poskarżyć się dyrektor Programu 2 Ninie Terentiew. Wystosował protestujące pismo. Obruszył się, że goście, których on sam w rozmowie przed kamerą obrzucał błotem, raczyli go skrytykować. Jak widać tylko on ma do tego prawo. Nie mógł zdzierżyć, że ktoś nie stał przed nim na baczność i w tej pozycji nie zrealizował programu. Mogę tylko liczyć na to, że Terentiew nie zareaguje tak jak Zieliński kiedyś w sprawie Wiernikowskiej i nie pozwoli się poczuć Szmajdzińskiemu, że ten nie tylko rządzi wojskiem ale i telewizją publiczną. |
|
| Na kila godzin przed emisją |
05-10-2005 16:16 |
Zagotowało się. Osiem godzin przed programem rozdzwaniają się telefony w telewizji i mój. Dzwoni rzecznik prasowy MON, adiutant ministra obrony narodowej, przedstawicielka centrum prasowego MON, jakiś tam jeszcze inny rzecznik, gubię się już w tych tytułach i stanowiskach, i wreszcie sam minister obrony narodowej Jerzy Szmajdziński. Okazuje się, że Szmajdziński jest nie tylko specjalistą od obrony narodowej ale i medioznawcą. Próbuje ojcowsko pouczać, jak powinno się wykonywać pracę reportera, dziennikarza. Kiedy mówi o prawdzie, nie wytrzymuję i reaguję, proszę by sobie darował, gdyż w ustach polityka słowo „prawda” jest nadużyciem. Na szczęście nikt nie dzwoni do mnie z telewizji z interwencją. Na razie. Powód wrzenia - Wypowiedź Szmajdzińskiego zarejestrowana przez moją kamerę, a zamieszczona w dzisiejszym Metropolu, dotycząca generała Sławomira Petelickiego: - "Pan Petelicki wypowiada się na tematy wojskowe, a to jest człowiek, który nie ma pojęcia o wojsku, to jest pacyfista, bo jakie może mieć pojęcie o sprawach wojskowych były agent wywiadu działający w krajach Skandynawii?" Staram się zachować spokój, choć tak naprawdę trudno o nim mówić, skoro bombardowanie mojej osoby i redaktorki programu telefonami nie jest niczym innym niż tworzeniem atmosfery presji, nacisku.
|
|
| Głosowałem na suma |
25-09-2005 16:20 |
Dzwonią do mnie z gazety i pytają, na kogo głosowałem. Odpowiadam, że na suma. Właśnie byłem w trakcie jedzenia ryby. Nie idę na głosowanie, bo jedyny kandydat, któremu mogę zaufać kandyduje w innym rejonie Polski. Wiem, że to niepoprawna politycznie decyzja. Tak jak większość ludzi w tym kraju zbojkotowałem ten cyrk, jaki fundują nam politycy. Przykre może być tylko to, że oni nawet tego powszechnego bojkotu Polaków nie zauważą, i tak będą czuli się zwycięzcami. |
|
| A co na to kot? |
24-09-2005 20:57 |
Komentarz e-mailowy Marii Wiernikowskiej: "A co na to kot? Ukłony dla wszystkich panów. mmm" |
|
| Kot Zielińskiego |
24-09-2005 17:49 |
Piotr Pytlakowski, który spotkał się z bohaterem Marii Wiernikowskiej, Gasińskim, tym od Klewek, nazywa go utalentowanym oszustem. Opowiada, jak otrzymał od niego list z więzienia, w którym gwarantował mu, że wyjawi całą prawdę i potwierdzi to przed sądem. Niestety, list do Piotra dotarł po wyznaczonym terminie ultimatum. Nie poznaliśmy więc całej prawdy. Nie chce mu się już ciągnąć w rozmowie wątku Klewek. Umawiamy się na poniedziałek. Jako stary wyga wie, że z tych puzzli nic się nie da ułożyć. Ale mnie coś dręczy. Kręcę się po mieszkaniu. Szperam cos tam w swoich zapiskach, kopiach akt. Kilka faktów pasuje. Na biurku ciągle książka Wiernikowskiej „Zwariowałam”. Dzwonię do Sławomira Zielińskiego, byłego szefa jedynki, który przemknął na stronach książki jako negatywny bohater, i pytam – O co właściwie chodziło z Wiernikowską? Podobno to on wstrzymał pracę nad reportażem. Ten, potwierdza, ale wyjaśnia, że nie widział materiałów, zna relację od szefa reportażu. Nie czytał też książki i nie zamierza. Podaje mi telefon, bym zadzwonił do niego. Miała zrobić materiał o Klewkach z dystansem. Pojechała na zdjęcia i przyjechała stamtąd nawiedzona. Chodziła po wszystkich ludziach, politykach szukając ich związku z Klewkami. Wspomina coś o Szmajdzińskim. Co mogę odczytać jako to, że były telefony, interwencje, naciski, by dano spokój. Nagle zmienia temat i mówi, żebym się nie obraził, ale swego kota, którego stał się ostatnio właścicielem, nazwał Sylwester. Patrzę na okładkę książki Wiernikowskiej. Czyta ponownie tytuł „Zwariowałam” i już wiem, że nie zadzwonię do Marii. Nie chce być wciągnięty i dać się zwariować polską klewkową rzeczywistością. |
|
| Moja anomia |
23-09-2005 22:42 |
Jednym tchem przeczytałem książkę Marii Wiernikowskiej „Zwariowałam”. „Widziałam Klewki i PGR na Woronicza; cyrk na Wiejskiej i trzeci świat w środku Warszawy (…) To jest intymny dziennik nieudanego śledztwa. Moja anomia.” – pisze na obwolucie. Nawiedzona, tak o Marii ostatnio się mówiło. Może nadal mówi. Ostatnio się mniej spotykam z ludźmi ze światka, branży, czy jak tam się oni zwią. Straciłem kontakt z tymi, którzy przede wszystkim zajmują się mówieniem o innych, inaczej mówiąc plotkowaniem. W jej nieudolnym śledztwie dziennikarskim (ale jakże w takim razie było nieudolne śledztwo dziennikarskie w sprawie Rywina!) przewija się głęboka prawda o naszej Polsce. Przy tym ma rację Ryszard Kapuściński mówiący do Marii Wiernikowskiej: „Można głośno powiedzieć najgorsza prawdę… i nic. Nic się nie dzieje.”
|
|
| Kawałek prawdy |
22-09-2005 18:40 |
Po programie, gdzieś w Warszawie. Pijemy. Rozmawiamy. Nad ranem słyszę, że CBŚ mnie podpuściło. I wiele innych rzeczy, o których także nie można mówić. Jakże szybko to „nie mówienie” się akceptuje. Właśnie w ten sposób człowiek wchodzi w stan, w którym zgadza się na to, że ludzie dostają tylko to, co można powiedzieć, to co chce się powiedzieć lub inni chcą nam powiedzieć. Wie o tym każdy dziennikarz, redaktor, który szermuje hasłem prawda, obiektywność. Czytelnik, widz, zawsze dostaje tylko mniejszy lub większy kawałek prawdy. Tak jakby prawdę można było podzielić i podać w kawałkach.
|
|
| Knebel na ustach |
21-09-2005 23:50 |
Pierwszy odcinek programu „Konfrontacja”. Po reportażu o aresztowanym byłym komendancie Andrzeju Szkopku z Wyszkowa, dochodzi na wizji do spięcia z rzecznikiem prokuratury krajowej Julitą Kobczyk, wcześniej przez dwa dni prowadziliśmy ostre rozmowy telefoniczne. Pani prokurator nie jest przyzwyczajona, że to ktoś ja opytuje, ktoś zadaje trudne pytania, a w ogóle jak ktoś może podważać wiarygodność postępowania prokuratury. Kiedy ją słuchałem w studio wewnątrz mnie trwa walka – zagryzać zęby i milczeć, czy wyrzucić wszystkie karty na stół, by przestała opowiadać dyrdymały. Kilka dni wcześniej poznałem kilka faktów, które pokazują w jaki sposób prowadzący sprawę prokurator Myśliński chce pogrążyć komendanta Szkopka. Ale mówiąc to postawię kilka osób w niekorzystnym położeniu, skrzywdzę ich. Prawda poza ozdrowieńczą mocą także potrafi wyrządzać szkodę. Sam sobie knebluję usta. Jeszcze nie nadszedł ten czas, powtarzam sobie i pozwalam na tokowanie rzeczniczki prokuratury. Jakże często poruszając sprawy dotyczące wymiaru sprawiedliwości dotyka się ściany zbudowanej z milczenia, przemilczeń, kłamstw, półprawd, a nie prawdy, tzw. sprawiedliwości. Prawda, sprawiedliwość, białe, czarne… Zawsze się jest tam w jakiś tam sposób utytłany błotem.
|
|
| Kot Zielińskiego |
17-09-2005 18:43 |
Piotr Pytlakowski, który spotkał się z bohaterem Marii Wiernikowskiej, Gasińskim, tym od Klewek, nazywa go utalentowanym oszustem. Opowiada, jak otrzymał od niego list z więzienia, w którym gwarantował mu, że wyjawi całą prawdę i potwierdzi to przed sądem. Niestety, list do Piotra dotarł po wyznaczonym terminie ultimatum. Nie chce mu się już ciągnąć w rozmowie wątku Klewek. Umawiamy się na poniedziałek. Jako stary wyga wie, ze z tych puzzli nic się nie da ułożyć. Ale mnie coś dręczy. Kręcę się po mieszkaniu. Na biurku ciągle książka Wiernikowskiej „Zwariowałam”. Dzwonię do Sławomira Zielińskiego, byłego szefa jedynki, który przemknął na stronach książki jako negatywny bohater, i pytam – O co właściwie chodziło z Wiernikowską? Podobno to on wstrzymał pracę nad reportażem. Ten, potwierdza, ale wyjaśnia, że nie widział materiałów, zna relację od szefa reportażu. Nie czytał też książki i nie zamierza. Podaje mi telefon, bym zadzwonił do niego. Miała zrobić materiał o Klewkach z dystansem. Pojechała na zdjęcia i przyjechała stamtąd nawiedzona. Chodziła po wszystkich ludziach, politykach szukając ich związku z Klewkami. Wspomina coś o Szmajdzińskim. Co mogę odczytać jako to, że były telefony, interwencje, naciski, by dano spokój. Nagle zmienia temat i mówi, żebym się nie obraził, ale swego kota, którego stał się ostatnio właścicielem, nazwał Sylwester. Patrzę na okładkę książki Wiernikowskiej. Czyta ponownie tytuł „Zwariowałam” i już wiem, że nie zadzwonię do niej. Nie chce być wciągnięty i dać się zwariować polską klewkową rzeczywistością.
|
|
| Testowane na dzieciach |
12-09-2005 14:15 |
Otrzymałem e-mail, który odnosi się do wykrętnych tłumaczeń Andrzeja Samsona w wywiadzie do gazety Wyborczej. BW pisze z perspektywy matki dzieci, to co umknęło redakcji i dziennikarzowi Bogdanowi Wróblewskiemu: „Samson twierdzi, że nie wykorzystywał, lecz leczył?! Jako matka wiem, ze wszelkie zabiegi, kuracje muszą mieć przyzwolenie i akceptacje ze strony rodziców/opiekunów, czy rozmawiał z nimi? Czy przedstawił jak ta ,,terapia" ma przebiegać? Wydaje mi się, że zgodę na to powinien mieć na piśmie i powinni być przy tym opiekunowie dziecka, w każdym razie jakaś pielęgniarka. Dziwne jest, ze Paweł Książkiewicz teraz chce pracować nad książką Samsona... Czyżby ta terapia już owocowała w jakieś pozytywne skutki? Na produktach kosmetycznych jest napisane "NIE TESTOWANE NA ZWIERZĘTACH", u Samsona na pierwszej stronie będzie widnieć nagłówek "TESTOWANE NA DZIECIACH".”
|
|
| Gangrena świadka koronnego |
12-09-2005 09:41 |
Ostatnio zajmuję się instytucją świadka koronnego w Polsce. Rozmawiam z różnymi stronami: świadkami koronnymi, adwokatami, funkcjonariuszami policji, służb, oskarżonymi. Tak się stało, że w Polsce bezkrytycznie uznano, iż ta instytucja się sprawdziła i nie trzeba dokonać żadnych zmian. A tymczasem instytucję świadka koronnego toczy gangrena.
Prokuratorzy, sędziowie, często idą na łatwiznę. Po co dopaść zbira żmudnym dochodzeniem, załatwić go dowodami rzeczowymi nie do podważenia, lepiej złamać jakiegoś bandziora i nadać mu status nietykalności, czyli świadka koronnego. Jeden z adwokatów powiedział mi, iż w Polsce w niektórych sprawach powinno się zlikwidować proces sądowy. Jeśli gdzieś pojawia się świadek koronny oznacza to automatycznie danie mu absolutnej wiary. Więc, po co sąd, obrona? Najlepiej od razu oddać oskarżonego w ręce klawisza. Jak można bezkrytycznie przyjmować, że ktoś pamięta np. wszystkie kilkaset samochodów jakie ukradł, okoliczności ich kradzieży? Teraz trwa proces gangu napadającego na tiry. Świadek koronny, którego trudno nazwać bystrym, sypie nazwiskami składów osobowych każdej z grup. Czy aby na pewno pamięta dokładnie każdy napad, skoro ich było tak wiele? Jest nieomylny? Ale drastycznym przykładem gangreny tej instytucji jest świadek korony o pseudonimie Koczis, osoba niedorozwinięta umysłowo. Jego niedorozwój psychiatria klasyfikuje jako debilizm. Czyżby świadkiem koronnym mieliby także stawać się osoby chore psychicznie i niedorozwinięte umysłowo? Dlaczego nie ma obowiązku poddania badaniom psychiatrycznym, na wariografie, kandydatów na świadków koronnych? Zasypano mnie sprzecznościami w zeznaniach świadków koronnych dotyczących jednej sprawy. Któremu w takim razie z nich wierzyć, skora każdy z nich twierdzi co innego?
Z drugiej strony wykazano mi skuteczność tej instytucji w rozwikłaniu wielu spraw. Poznałem dramaty ludzi, skruszonych przestępców, którzy ponoszą duże konsekwencje swojego wyboru. Dramat rodzin świadków koronnych, którzy żyją w strachu.
W 2006 roku mija czas, kiedy ta instytucja albo zostanie zlikwidowana albo ulegnie zmianie. Lobbing likwidacji tej instytucji jest duży i być może będzie porównywalny z tym, który można było zaobserwować przy ustawie o automatach do gier, słusznie zauważa Piotr Pytlakowski, współautor „Alfabetu mafii.” Czas już dzisiaj zacząć rozmowę o ulepszeniu tej instytucji, bez której wydaje się niemożliwe wygranie ze światem przestępczym, by przeciwnicy nie zwyciężyli.
Felieton opublikowany na łamach dziennika Metropol. |
|
| Kłamstwa, gazeta i dramat dzieci w tle |
10-09-2005 19:38 |
Wywiad z Andrzejem Samsonem, rozmowa z prokuratorem oskarżającym jego w Gazecie Wyborczej jest kolejnym efektem lobbingu znajomych, kolegów, koleżanek psychoterapeuty oraz jego żony Hanny Samson. Nie ma nic wspólnego z próbą dojścia do prawdy, jak to czasami lubią dziennikarze wzniośle mówić. Obiektywizm? Też tego tam nie ma. Dlaczego obok wywiadu, rozmowy z prokuratorem nie było choćby próby dowiedzenia się tego, co następnego dnia zamieściło „Życie Warszawy”. „Amerykańscy eksperci, którym "ŻW" przesłało wywiad z Samsonem, nie mają wątpliwości. - Ten człowiek kłamie, ponieważ chce uniknąć kary - twierdzi dr Alberto M. Goldwaser z Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, członek Amerykańskiej Rady Psychiatrii.
Podobnego zdania jest prof. Lori D. Frasier, pediatra z University of Washington, członek ośrodka ds. napaści seksualnych Harborview Medical Center. - To nic innego jak molestowanie seksualne dzieci. Nie istnieje udokumentowana forma terapii, o jakiej wspomina dr Samson - mówi.
Nie słyszeli też o niej polscy specjaliści. - Samson nigdy nie gościł na naszych zjazdach naukowych, nie czytałem też jego publikacji na ten temat - przyznaje dr Michał Wroniszewski, prezes Stowarzyszenia Synapsis, zajmującego się terapią dzieci autystycznych.”
Bogdan Wróblewski, dziennikarz Gazety Wyborczej, uznał jednak, że terapia Samsona to fakt a reszta to forma terapii. Co więcej niby każdy ją może wykonywać, każdy domorosły psychoterapeuta, który stwierdził, że jest demiurgiem dusz. Nie widziałem dociekliwości w pytaniach do Samsona, za to zajadłość w rozmowie z prokuratorem. Samson bezczelnie zaprzecza, że był alkoholikiem. A dziennikarz nie ripostuje, ze nawet jego najbliżsi temu już nie zaprzeczają.
Okazuje się także, że dla Bogdana Wróblewskiego trzymanie zdjęć pornografii dziecięcej na dyskach twardych jest uzasadnione celami badawczymi. Czy Bogdan Wróblewski widział kiedyś zdjęcia pornograficzne z udziałem dzieci? Czy uważa, że codzienne patrzenie na nie cokolwiek da w terapii? I ile tych zdjęć potrzeba obejrzeć, zapisać na twardym dysku komputera by wybździć książkę o pedofilii?
Gdyby choć trochę Bogdan Wróblewski przygotował się do tego wywiadu może by nie doszło do skandalicznej próby wybielania Andrzeja Samsona. W czasie pracy nad filmem „Pedofile” dotarłem do strony internetowej „Child World Free Series”, na której widnieje Andrzej Samson jako donator . Oczywiście patrzenie na chłopców i dziewczynki pozujących do zdjęć było formą pracy naukowej Andrzeja Samsona. Miłej lektury życzyć należy Bogdanowi Wróblewskiemu i redakcji, która zgodziła się w taki sposób podejść do sprawy Samsona. Oto linki tych stron: https://secure.pinderloy.com/index.html; http://top.alittleagency.com/index.html?163.
|
|
| Bezrobotny dziennikarz |
07-09-2005 11:39 |
Jakiś bezrobotny dziennikarz postanowił publicznie podzielić się swoim stanem psychicznym. Założył bloga i poinformował o tym na forum „prasa i media.” Jak wygląda los bezrobotnego dziennikarza? Wpis pierwszy: „Wysłałem dziś trzy CV. Dwa dotyczą pracy w biznesie stricte medialnym (jako specjalista), trzecie też - tyle, że przy sprzedaży gazet, czyli aplikowałem na sprzedawcę w salonie prasowym.” Wpis drugi: „Nie pisałem o tym, bo musiałem to przemyśleć. Wczoraj zadzwoniło Tesco, przeszedłem pierwszy etap (rozmowa po angielsku, itp.), mam zaproszenie na ostateczną rozmowę do centrali. Smutno mi, że jedynym pracodawcą, który się do mnie odezwał jest hipermarket.” |
|
| Głuchy czy kabotyn? |
05-09-2005 22:22 |
Zalewski i Mazurek podsumowali 13 nowel filmowych dla uczczenia rocznicy Sierpnia. „Ale najbardziej wstrząsnął nami Krzysztof Zanussi. Poproszono go o film o „Solidarności”, a on zrobił film o Zanussim. Głuchy czy kabotyn?” |
|
| Samotność upadającego Gwiazdora |
03-09-2005 02:31 |
Makijaż nie ukrywa wyzierającego z jego twarzy zmęczenia. Wymieniamy spojrzenia. Słowa są niepotrzebne. Takiego nie widziałem go nigdy. To co zawsze dawało mu siłę, radość, czyli występ na scenie, nie istniało. Trzy lata temu robiłem film „Gwiazdor”, często bywałem z ekipą filmową za kulisami jego koncertów. Na jego stoliku butelka whisky. Poza tą butelką, jego strojami, nadal wyszukanie przerysowanymi, nie ma już nic z tamtego czasu, tamtego sukcesu. Wiśniewski został sam. Nadal tylko mu wiernie towarzyszy ochroniarz Bartek. Wyłapuję wzrokiem na zapleczu jego brata. Nie jest to jednak obraz żałości, rozpaczy. Czuć jego siłę trwania wbrew wszystkiemu i wszystkim. Legendy przecież nikt mu nie jest w stanie odebrać. Kiedy po koncercie wyjeżdżamy jego czarnym hummerem, przy bramie stoi garstka krzyczących do niego fanów. Już nie trzeba kordonów ochroniarzy, policji, by mógł się przedrzeć przez tłum. Tym bardziej czuję samotność upadającego Gwiazdora. |
|
| Polityk to taki sam produkt jak proszek do prania |
22-08-2005 01:58 |
Cynizm sztabowców komitetów wyborczych i polityków sięgnął dna. Właśnie otrzymałem nagranie z wypowiedzią dla „Wiadomości” (TVP1) Michała Kamieńskiego, który tłumaczy, dlaczego Pan Witek, nauczyciel, nie jest naprawdę nauczycielem. Kamiński bez zawstydzenia, z bezczelnym uśmieszkiem mówi: „Z szacunku dla wyborców chcemy by nasze spoty były możliwie przejrzyste i ładnie wyglądające, dlatego do tego celu wynajmujemy aktorów.” A więc kłamie się, manipuluje z szacunku do wyborców! Rzecznik Pis uważa, że nie ma żadnych reguł w reklamie, przecie pastę do zębów także polecają fałszywi stomatolodzy. Choć i od tego się już odchodzi, w reklamie produktów dawno zrozumiano, że najlepiej poszukać prawdziwego lekarza, hydraulika. Dlaczego bardziej o szczerość dbają firmy produkujące proszki do prania niż politycy? Czyżby Pis nie znalazł żadnego nauczyciela, który by chciał głosować na ich partię? |
|
| Jak zarobić na JP II? |
22-08-2005 00:41 |
Przechodząc się po nadmorskim deptaku w Gdańsku-Brześciu, zerkając na stragany handlarzy, zwróciłem uwagę, że to, co zawsze kojarzyło się z turystycznym pamiątkowym handlem – obrazki z morzem, muszle, miniaturki statków, zastąpiły portrety i portreciki Jana Pawał II, miniaturki ołtarzyki z jego wizerunkiem. Czyżby handlowcy oszaleli? Turysta na pamiątkę swojego pobytu nad morzem zamiast muszli, okrętu ma kupić sobie portret Jana Pawła II? A jednak papież, czy jak to mówi się w żargonie marketingowców, JPII się sprzedaje, idzie, jest na topie. I nie tylko na deptaku nadmorskim.
Śmierć papieża pomnożyła zyski wielu rodzimym przedsiębiorcom. Ruszyła produkcja flag, proporczyków, obrazków, ołtarzyków, miniaturek, baloników, koszulek. Drgnęło także na rynku księgarskim. Wydawnictwa ożyły. Jak podaje miesięcznik „Brief” Wydawnictwo Literackie w ciągu 2,5 roku sprzedało 130 tys. egzemplarzy „Autobiografii Jana Pawła II.” Po śmierci papieża, w jednym miesiącu kwietniu, dodatkowo sprzedano ponad 200 tys. egzemplarzy. W 80 dni wydawnictwo „Znak” sprzedało ponad pół miliona egzemplarzy książki „Pamięć i tożsamość”. Taki sam wzrost odnotowały także inne wydawnictwa literackie publikujące książki związane z Janem Pawłem II. W kilkunastu milionach egzemplarzy należy liczyć dodatki związane z papieżem dołączanymi do prasy.
Ile misji było w decyzji skierowania telewizyjnego filmu „Karol, człowiek, który został papieżem” do sieci kin, poza zarobieniem dodatkowych pieniędzy, odzyskaniem przez stację telewizyjną części kosztów związanych z zakupem praw do emisji? Brutalna prawda – zero misji. Ktoś dobrze skalkulował, że w Polsce ten film może przyciągnąć ludzi do kina, więc po co marnować możliwość uzyskania dodatkowych przychodów? Widz i tak zasiądzie później przed telewizorem. Czas reklamowy przed, w trakcie i po emisji także został wysoko oszacowany. Nie liczmy na to, że powrócą nam chwilę z kwietniowego dramatu Ojca Świętego, gdy zamilkły reklamy w naszych odbiornikach telewizyjnych. Nikt nie zaproponuje nam chwili spokoju do przemyśleń w czasie emisji tego filmu.
Kiedy czytam i słucham o kulcie JP II, co wmawiają mi bezustannie od kwietnia media, czuję pustkę. To nieudolna próba dobudowania idei do smutnej prawdy. Powiem brutalnie - śmierć Jana Pawła II posłużyła raczej dla rozwoju drobnych przedsiębiorców i handlarzy, podbiła sprzedaż pism, książek, napędziła i napędzi widzów przy telewizorach i w kinach. Tu nie ma miejsca na duchowość.
Felieton opublikowany na łamach dziennika Metropol. |
|
| Uniewinienie |
21-08-2005 23:51 |
Jeden z moich bohaterów filmu „Śledczak”, student, który opowiadał o draństwie jakie dzieje się w naszych polskich aresztach śledczych, o braku szacunku dla godności, praw człowieka, dostał ostatnio marną satysfakcję – uniewinnienie. Niestety koszmar, który zaznał za murem nie został starty tym wyrokiem.
I jeszcze jedno. Na niektórych dźwiękach, czyli w celach zabezpieczających, znaleziono sposób, by nadal bezkarnie bić i torturować aresztantów, więźniów. Funkcjonariusze po prostu wyłączają kamery, by te nie nagrywały obrazu i dźwięku.
To usłyszałem dzisiaj, bym poczuł, iż mój film był pojedynczym głosem, który nic nie zmienił w aresztach śledczych, poza wkurzeniem klawiszy i funkcjonariuszy Centralnego Zarządu Służby Więziennej. Zaledwie na chwilę popsułem im dobre samopoczucie. No, może film dał poczucie godności niektórym z aresztantów i skazanych, którzy obejrzeli ten film. Nic więcej. A może aż tyle?
|
|
| Pan Witek i geje |
19-08-2005 11:36 |
I jak wygląda dzisiaj ojczyzna, popijając kawę i przeglądając prasę? Sztabowcy Tuska triumfują. Jeszcze niedawno przeżywali, że wytknięto im manipulację w reklamówce telewizyjnej. To nie Donald Tusk wspinał się na wysokościach, bo nigdy tego nie robił. Choć to tak pięknie pasowało do wzruszającej historii o życiu kandydata. Teraz dopatrzono się, że w reklamach PiS do głosowania na tę partię zachęca fałszywy "Pan Witek”. Nie jest on nauczycielem w szkole podstawowej. Nie ma niepracującej żony, ani dzieci. Uśmiechnięty trzydziestokilkulatek to aktor, który do tego ostatnio gra geja w jakieś reklamówce telefonii komórkowej i należy do Platformy Obywatelskiej. Nic odkrywczego, każdy sztab wyborczy manipuluje wizerunkami. Nawet tego nie ukrywa się. Michał Kamiński, wiceszef sztabu Pis tak tłumaczy wpadkę z „Panem Witkiem” - Zdecydowaliśmy się na aktorów, bo oni są zawodowo najlepiej przygotowani do grania w spotach reklamowych. Zdjęcia tych statystów znalazły się również w reklamówkach prasowych, bo chcieliśmy utrzymać tożsamość z kampanią telewizyjną.” Przecież wiadomo, że nie chodzi o prawdę. Po co do partii mają przekonywać prawdziwi ludzie, ci zawsze są ułomni, nie tacy jakby się chciało. Często politycy doznają szoku, gdy poznają jak naprawdę żyją ludzie w Polsce, o czym świadczy ostatnia wypowiedź kandydata na prezydenta Zbigniewa Religii, który po wizycie w Sępolu: – Tak naocznie ja tego dotąd nie widziałem.
A Robert Biedroń znowu protestuje. Tym razem za szerzenie fałszywego wizerunku geja w reklamie tanich numerów. Gra go ten sam aktor, który wzywał do głosowania na PIS, jako Pan Witek. – To powielanie stereotypu homoseksualisty jako osoby sfeminizowanej, zmanierowanej – mówi Robert Biedroń, prezes Kampanii Przeciw Homofobii. KPH zamierza interweniować w tej sprawie u pełnomocniczki rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn Magdaleny Środy. Reklamą zajmie się też Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. No, tak, przecież wiadomo, że wśród gejów nie ma ciot, ciotek, jak to określa zniewieściałych gejów Michał Witkowski w swojej powieści „Lubiewo”. |
|
| Człowiek z tragedii |
18-08-2005 10:19 |
Czy po minionym ćwierćwieczu nie byłoby stosowniejsze nakręcić film pod tytułem „Człowiek z tragedii” i nim uczcić cud Solidarności? - Pyta Kazimierz Kutz w felietonie „Przekroju” ( (Nr 34/2005,) A nie pod batutą Andrzeja Wajdy w 13 filmowych kawałkach powielać mit salonu warszawskiego o wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej? Przyznam, że Kutz mnie zaskoczył, bo jakiś czas temu poznałem go jako nadętego męża stanu, buca, pana senatora, który to chciał się wcielić w mentora młodych reżyserów w czasie nagrania pierwszej audycji programu „Autograf” (TVP2), taki Wajda bis. Wajda bis, bo jak wszyscy wiedzą jedynym zasłużonym reżyserem, który ma prawo kreować młodych reżyserów w Polsce został od jakiegoś czasu namaszczony i to przez samego siebie Andrzej Wajda. A tu teraz taki tekst? Kutz mówi wprost czym jest taka laudacyjna forma opisania historii. I jeśli to nie jest złość, gniew, że jemu nie dano do reżyserii jednego z 13 kawałków, należy mu się ukłon za odwagę wydania głosu w czasie, gdy wszyscy robią ach i och i w ogóle jest wspaniale, zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Na koniec Kazimierz Kutz przytacza słowa Jana Jakuba Kolskiego, który dostał jeden z kawałków do realizacji: „Z idei Sierpnia przetrwało wszystko, co dało radę oprzeć się naszej skłonności do marnowania szans, to znaczy niewiele. Mamy piękną, unurzaną w gównie ojczyznę.”
|
|
| Rozmowa nie na telefon |
16-08-2005 10:56 |
„To nie na telefon. Musimy się spotkać.” Irytuje mnie i męczy to ciągłe umawianie się na spotkania, bo nie można spokojnie rozmawiać przez telefon. U zbyt wielu rozmówców jest przekonanie, że ich telefon lub mój jest podsłuchiwany. Przez kogo? Wiadomo – słowo wytrych, mieszczący wszystko – służby. Pal licho, gdy to jest Warszawa, ale ostatnio w związku z dokumentacją do programu „Konfrontacja”, nad którym pracuję, muszę przejechać kilkaset kilometrów, by odbyć pół godzinną rozmowę. I to nie jedną. Przy tym nabrałem też wprawy w rozbieraniu aparatu telefonicznego na części, by uspokoić rozmówcę. To już rytuał. Podanie sobie rąk. Siadamy i rozmówca wyciąga ostentacyjnie telefon i wyjmuje z niego baterię. Po nim robię to ja i inni. Chwilami przypomina mi się wtedy dobranocka z bajką o szpiegu z krainy deszczowców. |
|
| Nielegalny wyrób alkoholi |
07-08-2005 23:08 |
W. wyjawia, że w policyjnej szkole w Szczytnie przez wiele lat najpopularniejszym skryptem był „Nielegalny wyrób alkoholi”. Sztuka pędzenia samogonu cieszyła się największą popularnością u podchorążych i nie dlatego, że pałali chęcią zwalczania bimbrowników. Dzięki temu skryptowi mogli sami pędzić własne wyroby alkoholowe.
|
|
| Naiwność Kapuścińskiego? |
06-08-2005 22:29 |
Wywiad z Ryszardem Kapuscińskim w Gazecie Świątecznej zatytułowany „Detronizacja Europy” - Oby tylko świata Kolumba nie zastąpił nam świat Osamy ben Ladena czy Pol Pota? – pyta Wojciech Jagielski. - Oni są jedynie patologiami, formami ryzyka, jakie niosą wszelkie przemiany – odpowiada Kapuściński. - Ale kierunek tego procesu jest nieuchronny i nieodwracalny. Nie da się go powstrzymać wysyłaniem wojsk, wojnami, przewrotami. (…) Jedyną możliwością przetrwania świata, jego dalszego rozwoju jest szukanie porozumienia. Nie ma innego wyjścia, po prostu nie ma innego wyjścia. To jest warunek naszego istnienia.” Zestawmy ten pogląd z ostrym gniewem, wezwaniem do przebudzenia się Europy, zaciekłej walki z islamem w książkach Oriany Fallaci: „Sile rozumu”, „Wściekłości i dumie”, „Wywiadzie z samym sobą. Apokalipsa”. Fallaci nie wierzy w porozumienie. To wołanie głupców, którzy nie widzą, że druga strona gardzi naszą kulturą, stylem życia. Chcą nas zniszczyć! Kto ma rację? Czy refleksje Kapuścińskiego nie są nazbyt naiwne swoją życzeniowością, a przede wszystkim idealistycznym oddzielaniem ekstermistów islamskich od religii islamu? Jak może dojść do porozumienia, jeśli jedna ze stron nie uznaje asymilacji, kompromisu? Może o to warto było spytać Ryszarda Kapuścińskiego?
|
|
| Ile kosztuje pomarańczowa rewolucja? |
06-08-2005 21:46 |
Sms do Roberta Leszczyńskiego, który zasypywał znajomych sms-ami o rewolucji pomarańczowej, koncercie, który współorganizował „Razom nas bahato”: „Dlaczego nie wydajesz oświadczenia w sprawie syna Juszczenki? I czy zapłaciliście za używanie symboliki pomarańczowej rewolucji? Dlatego może, że nie zapłaciliście młodemu Juszczence stary nie przyszedł na wasz koncert?
PAP: Syn prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki Andrij Juszczenko jest właścicielem praw autorskich do symboli "pomarańczowej rewolucji" i czerpie z tego zyski.
Ubiegłoroczne protesty zwolenników Juszczenki odbywały się pod hasłem "Tak", a ich kolorem, od którego wzięła swą nazwę rewolucja, był pomarańczowy - kolor kampanii prezydenckiej Juszczenki.
W ukraińskich sklepach z pamiątkami można kupić pomarańczowe koszulki i chorągiewki z napisem "Tak" oraz gipsowe popiersia przywódców rewolucji Wiktora Juszczenki i obecnej premier Ukrainy Julii Tymoszenko.
Sprzedawane jest nawet Powietrze Wolności z Majdanu (placu) Niepodległości, na którym miały miejsce największe protesty. Powietrze w ładnie opakowanej metalowej puszce kosztuje od 10 do 15 hrywien (ok. 2-3 dolarów).
|
|
| Po prostu życie |
05-08-2005 01:34 |
Rano w szpitalu płacz i jęk rodziny przed oddziałem OIOM. Staruszek, co chwila pyta, co ma teraz zrobić? Umarła mu żona. Płacze nie tylko z powodu jej utraty, ale też dlatego, że nie wie, za co teraz będzie żył? Utrzymywali się tylko z jej renty.
Kilkanaście godzin później, wieczorem, Jerzy zaprasza mnie do siebie na „pępkowe”. Siedzimy przy stole. Pokazuje mi na ekranie kamery pierwsze minuty z życia jego córki, która urodziła się kilka godzin wcześniej.
|
|
| Kapturowy sąd |
04-08-2005 11:02 |
Wyobraźcie sobie kraj, w którym oglądacie program informacyjny w telewizorze i z niego dowiadujecie się, że mieliście jakąś sprawę w sądzie i właśnie w waszej sprawie zapadł skazujący wyrok. A zapoznanie się z aktem oskarżenia? Rozprawa? Obrona? Nie bądźcie naiwni. Art. 500 par. 3 kodeksu Postępowania Karnego tego kraju pozwala prezesowi sądu rozpatrzyć sprawę bez rozprawy i zawiadamiania oskarżonego, wyłącznie na podstawie materiału przesłanego przez prokuraturę, jeśli ten uzna, że "okoliczności czynu i wina oskarżonego nie budzą wątpliwości."
A o co poszło? Robert Biedroń pozwał do sądu na drodze cywilnej działaczkę stowarzyszenia Rodzina Polska, Dorotę Ekes, która na łamach "Naszego Dziennika" nazwała homoseksualizm "chorobą" i postulowała odsunięcie homoseksualistów od zawodu nauczyciela. Sprawę oczywiście przegrał. Do tego miał pecha, bo na sądowym korytarzu, w przerwie rozprawy powiedział dziennikarzom, że wypowiedź Doroty Ekes "oddaje w pełni faszystowsko-nacjonalistyczno-katolicki charakter nagonki na środowisko homoseksualistów". Działaczka Rodziny Polskiej podała go za to do prokuratury. Tej samej, do której wcześniej bezskutecznie podawał Biedroń Dorote Ekes. Prokuratura potraktowała tę sprawę jednak inaczej i wystosowała akt oskarżenia przeciw Biedroniowi. Sąd skazał Biedronia na 600 zł grzywny za znieważenie katolików.
Na szczęście tę demokratyczną, pełną poszanowania praw człowieka procedurę zastosowano w stosunku do geja, działacza Kampanii przeciw Homofobii, Roberta Biedronia. Więc większość z nas może być spokojna. Na szczęście jesteśmy heteroseksualni. Aż 78 proc. obywateli uważa, że homoseksualiści nie powinni mieć prawa do okazywania publicznie swojego "stylu życia", a niewiele mniej - 74 proc. - uważa, że nie po powinni mieć prawa do urządzania manifestacji. Ale jeśli nie uprzedzeniami kierował się sąd, to i my heteroseksualiści powinniśmy zacząć się bać takiego państwa prawa.
Na marginesie Robert Biedroń jest chwilami tak samo nawiedzony w wizji praw homoseksualistów jak Dorota Ekes w wizji polskiej rodziny. Tylko, że na jego nieszczęście reprezentuje mniejszość w tym kraju. I miejscem jego może stać się raczej kryminał niż urząd stanu cywilnego, w którym brałby ślub ze swoim partnerem. I na koniec jeszcze jedno. Mojego syna nie dałbym do przedszkola, w którym panią przedszkolanką byłby Robert Biedroń, co nie przeszkadza mi z nim pójść do pobliskiej knajpy na jednego. Wolałbym, aby w swoich rysunkach syn był nietolerancyjny i mamusia dla niego byłaby kobietą a tatuś mężczyzną.
PS. Robert, mam nadzieję, że nie podasz mnie za ten pogląd do prokuratury. Przy tym wiesz, że nie jestem faszystą, brzydzę się nacjonalizmem, a katolik ze mnie marny. W kościele byłem ostatnio w czasie realizacji filmu „Kamilianie”. |
|
| Terapia pedofilów według Samsona |
03-08-2005 19:52 |
„Andrzej S. Potwor narodowy.” Artykuł Marcina Fabjańskiego w „Przekroju”. „Paweł Książkiewicz spotkał się z Andrzejem Samsonem w wiezieniu. Mówili o przyszłych książkach. O tej pedofilii też. Samson wie, jak można ją leczyć: pedofile powinni się opiekować dziećmi (by nauczyć się kontrolowania popędu), ale pod ścisłym nadzorem lekarzy”. Powtórzę. „Pedofile powinni się opiekować dziećmi”! Według chorego umysłu doktora Samsona, dzieci mogą stać się narzędziem do eksperymentowania, króliczkami doświadczalnymi. Proponuję by Książkiewicz, Santorski, Czapiński, i ich rodziny, zwolennicy, oddali dobrowolnie swoje dzieci dla dobra nauki w ręce pedofilów. Złe spojrzenie, zły dotyk, przecież to wszystko nie istnieje. Czapiński mógłby też określić kolor piłeczki, którą później jego kolega doktor Samson wkładałby dzieciom w pupę lecząc z autyzmu.
|
|
| Pajacowanie artystów |
02-08-2005 23:49 |
Telefon od dziennikarki, która od lat śledzi losy Michał Wiśniewskiego. To od niej dowiaduję się częściej o wpadkach Michała niż od niego samego. Teraz wypłynęła sprawa udziału Wiśniewskiego w kampanii wyborczej Samoobrony. –Przecież on w „Jestem, jaki jestem” atakował Leppera, przestrzegał przed nim jako największym zagrożeniem. Obiecywał, że wyemigruje, jeśli Lepper zwycięzy” I co, ja na to? Po filmie „Gwiazdor” co jakiś czas proszony jestem o komentarz w związku z każdym mniej lub bardziej głupim wyskokiem Wiśniewskiego. Dlaczego Michał zmienił zdanie? Pokochał nagle Leppera? Tak, jak wcześniej Millera? Odpowiedź jest prosta - dla kasy. Tak to już jest, jak śpiewał Kazik, że wszyscy artyści to prostytutki, no, może nie wszyscy, ale prześledźmy, którzy z nich dali się kupić politykom, magii władzy.
Dla Prawa i Sprawiedliwości śpiewają Justyna Steczkowska, Jan Pietrzak, Ryszard Rynkowski, Edyta Geppert i Stanisław Soyka. Platforma Obywatelska, której nie stać na hip hop zadawala się Perfectem. Andrzej Lepper, który dotąd podrygiwał w rytmie typowego disco polo, postawił teraz na Michała Wiśniewskiego i Trubadurów. Naszego prezydenckiego kardiochirurga wspierają zespoły ludowe i orkiestry górnicze. Kandydata Socjaldemokracji na prezydenta poparł hiphopowiec Mezo. Na marginesie do niedawna wydawało się, że hihopowcy to ostatni niesprzedajni artyści. I ten jednak mit padł.
Co artyści otrzymują w zamian? Poza gratyfikacją finansową liczą na promocję w mediach, na które mają wpływ politycy. Zazwyczaj chodzi tutaj o telewizję publiczną. W czasach władzy SLD za hymn dla Millera Ich Troje miało otwarte drzwi na Woronicza, dzisiaj Wiśniewski jest tam persona non grata. Odmówiono mu udziału w sopockim Festiwalu Jedynki. W sprawie innego pupilka SLD zespołu Blue Cafe do szefa redakcji rozrywki jedynki wydzwaniali asystenci premiera. Dzisiaj Justyna Steczkowska wyśpiewując dla PIS ma gwarancję nie schodzenia z anteny telewizji publicznej.
Remigiusz Trawiński menager Steczkowskiej dobudował nawet ideologię dla Steczkowskiej, która jeszcze w ciąży piknikowała z PIS-em. – „Jako matka oczekująca kolejnego dziecka chce, żeby w kraju, w którym żyje, był ład, porządek i sprawiedliwość.” Pięknie, prawda. Niedługo należy się spodziewać hasła „Steczkowska panią senator”. Artystom czasem się marzy przecież więcej niż bycie muzyczną kiełbasą wyborczą, czego przykładem jest Cugowski, Torzewski i Pietrzak.
Felieton opublikowany na łamach dziennika „Metropol”.
|
|
| Zastój |
02-08-2005 14:06 |
Spotkanie z Piotrem Najsztubem w redakcji „Przekroju”. Na jego biurku stos rozwalonych gazet, jakby niedawna wichura wpadła do gabinetu i jeszcze nikt nie zdążył uprzątnąć jej skutków. W czasie rozmowy schodzimy na temat dziennikarzy, dziennikarstwa w Polsce. Najsztub słusznie zauważa, że politycy zaczęli się zmieniać, a w świecie dziennikarskim trwa ten sam stan zastoju i zaledwie widać erozję wywołaną tąpnięciami w „Gazecie Wyborczej.” Tak jak w polityce potrzebna jest też zmiana w dziennikarstwie. Może niektórzy także powinni odejść? Niestety dziennikarzy nie weryfikują wybory. |
|
| Życzenia matki |
30-07-2005 14:00 |
Kolejna wizyta w szpitalu. Ponieważ nie potrafię znieść widoku matki w szpitalu, widoku ciągle przemywanych posadzek korytarzy, łóżek, wózków, wwożonych na oddział nieprzytomnych ludzi, wpadam tam na dwa i trzy kwadranse i uciekam, by po kilku godzinach znowu się tam pojawić. Dawkuję sobie to szpitalne życie w małych porcjach. Siadamy na krzesłach. Podłączam jej ładowarkę do telefonu komórkowego. Matka nagle zaczyna mi przypominać, abym pamiętał, że mam dopilnować, by po śmierci nie włożono jej do prosektoryjnej lodówki. Boi się zimna. Koniecznie mam położyć ją w trumnie na boku, bo na wznak nie lubi sapać. - "A najlepiej mnie spal, bo pod ziemią nie ma czym oddychać".
|
|
| Terroryści i chilijskie wino |
30-07-2005 01:39 |
Wieczorna wizyta u Kasi i Piotra Metza. Na ścianie z rzutnika pada obraz aresztowania jednego z angielskich terrorystów. Jedząc kolację, popijając chilijskie wino spoglądamy na relację z dzielnicy Notting Hill w zachodnim Londynie. Snajperzy, policjanci w cywilu i mundurowi. Twarze w maskach przeciwgazowych. Wszystko wydaje się takie odległe, ale pozornie. Zawisa nad nami fatalistyczny nastrój, że za jakiś czas to samo przydarzy się w Warszawie. Tylko skutki będą gorsze niż w Londynie. Nie wierzymy, że jesteśmy w Polsce przygotowani na takie zdarzenia. Kiedy wspominają o wyjeździe na wakacje przez pół godziny rozmawiamy o tym, gdzie jest największe zagrożenie terrorystyczne? Dźwięk sms-a. Robert Leszczyński pisze: „Właśnie minął tydzień od zamachów. Siedzę w Skarm i pisze reportaż do Ozon”. |
|
| Kino infantylnieje |
29-07-2005 11:21 |
Zdzisław Pietrasik w ostatniej „Polityce” w artykule „Kino bez wizji” słusznie zauważa, że kino infantylnieje. „Hobici, elfy, ogary, rybki, zwierzątka w zoo, tak wygląda galeria najpopularniejszych bohaterów współczesnych filmów.” Czy widz czuje się znieważony tym upupieniem? Nie, jak widać na listach frekwencji w kinach. To upupienie kultury, popkultury wydaje się już cechą charakterystyczną dzisiejszych czasów.
|
|
| Ołtarzyki „okrągłostołowe” |
29-07-2005 00:47 |
Jacek Kwieciński zwraca uwagę w Gazecie Polskiej na traktowanie przez część elit krytyki „polskiego przełomu 1989” jako politycznie niepoprawnej. Ernest Skalski niedawno w „Rzeczpospolitej” „skonstatował, że wszystko, co uczyniono w 1989 roku było genialne.” Obchody 25-lecia „Solidarności” tylko pogłębią swoim patosem ten stan. Elity „pookragłostołowe” zawłaszczą to święto, zniekształcą jego wymiar.
Cezary Ostrowski opowiedział mi o wspólnej jeździe pociągiem z Adamem Michnikiem. Uderzyła go jego bezkrytyczność. Przekonanie, iż jest dobrze, bo kiedyś było gorzej. Tak, rozmawiając z ludźmi „przełomu,” dostrzegam kombatanctwo. Pamiętam, jak rok, czy dwa lata temu, próbowano mnie zaprosić na jakiś zlot „okragłostołowców”. Byłem jednym z założycieli Komitetu Obywatelskiego w dawnym województwie elbląskim, w gminie Ryjewo. Wówczas pracowałem jako nauczyciel w szkole. Uderzyła mnie przyjęta z góry wizja tamtego czasu. Odmówiłem uczestnictwa, bo jakoś nie czułem potrzeby stawiania sobie ołtarzyka. Błędy, nietrafione decyzje, małość niektórych „herosów transformacji,” to wszystko, co także jest przyczyną obecnej złej sytuacji w Polsce, o tym nie chce się wspominać, bo burzy to tworzony przez nich mit tamtych czasów.
|
|
| Problematyka społeczna |
28-07-2005 22:36 |
Wreszcie jestem w stanie wcisnąć w sobie trochę świata, czyli zaległej prasy. Po lekturze, smutna konstatacja - polityka, politycy, afery. Gdzieś ginie problematyka społeczna, czyli to, czym na prawdę ludzie żyją, z czym się zmagają na co dzień. Dominuje powierzchowność. Opisywanie naszej rzeczywistości poprzez politykę, ustami polityków, którzy są oderwani od losu przeciętnego Polaka przypomina mi opisywanie świata z pozycji turysty. Myślę, że dziennikarze, redaktorzy lepiej znają świat polskiej polityki niż świat Polaków. Dlaczego? Bo przyjemniej wdziać garnitur niż jeansy i porzucić na dłużej biurka, restauracje, studia telewizyjne, kuluary sejmowe, konferencje i wejść w ulice obok Wiejskiej, wyjechać sto kilometrów dalej. W skupieniu zobaczyć to, co jest rzeczywistością, którą niby się opisuje.
|
|
| Własny świat |
26-07-2005 14:41 |
Dzień rozpoczynany od wizyty w szpitalu całkowicie dezorganizuje resztę dnia. Zakłóca kontakty z innymi ludźmi. Ich problemy stają się irytująco płaskie. Na większość telefonów, sms-ów, e-maili nie odpowiadam, a jeśli, to zdawkowo. Odmawiam spotkań. Choroba bliskiej osoby zawęża spojrzenie na świat. Własny świat wydaje się wyłącznie całym światem. |
|
| Taki trend |
25-07-2005 15:34 |
Lekarze decydują – Proszę przywieźć mamę do szpitala. W drodze powrotnej pytam telefonicznie siostrę, jaki rozmiar ma mama? Kilkanaście minut później wybieram dla niej piżamę. – Dlaczego wszystkie są takie sexi, nie macie czegoś bardziej stonowanego? – Taki trend – słyszę. |
|
| Oddział Ratunkowy |
23-07-2005 12:34 |
Gnam przez miasto, mam gdzieś czerwone światła, trąbienie wkurzonych moim chamstwem kierowców. Najważniejsze to nie zgubić z oczu ambulansu, jego wycia i kłujących migotaniem świateł. Wyskakuję z samochodu. Przewożą ją na wózku na sale obserwacyjną Oddziału Ratunkowego Centralnego Szpitala Klinicznego na Szaserów. Nie pozwoliłem ją przewieźć, gdzie indziej. Miałem gdzieś rejonizację, jednostki dyżurujące. Patrzę bezradnie jak podłączają ją do aparatury. Welflon. Pajęczyna elektrod. Migające linie EKG, które w każdym filmie dramaturgicznie zamieniają się w płaskie. Artefakty. Co chwila irytujące piknięcie, po którym znowu wkładam głowę na salę i spoglądam na jej łóżko. Ile kroków można zrobić na pustym holu? Ile kilometrów przejść pustym korytarzem? – „Niech Pan napije się zimnej coli, tam jest automat – proponuje lekarz. – Niepotrzebnie wzięła nitroglicerynę, bo mogła zejść.” Wiadomo, że zimna cola jest najlepsza na wszystko. Jakaś starowina łapie się framugi i nie chce wejść do ambulansu. Sanitariusze odrywają jej ręce, a ona znowu się przykleja, zapiera, by nie dać się im wtłoczyć do karetki. Kiedy wreszcie do niej trafia, natychmiast krępują ją pasami. Czytam wszystkie tablice informacyjne. Ktoś nakleił ogłoszenie. Rozwiesił je w każdym szpitalu, żądając potwierdzenia, daty wpływu. Uprzejmie prosi o jakiekolwiek informacje o zaginionej kobiecie. „Może używać nazwiska rodowego D. lub mieć zaniki pamięci (cierpi na zaburzenia depresyjne i arytmie serca.” Trzy fotografie. Ostatnia sprzed kilkunastu dni. „Ubrana w kurtce, jak na zdjęciu. Na klatce piersiowej ma bliznę po operacji serca.” Pod jednym ze zdjęć odręczny dopisek. „PS. Żon a ma 62 lata.” Rentgen klatki piersiowej. Konsultacja na kardiologii. Lekarz wyrwany z głębokiego snu. „Trzeba jednak jej zrobić koronografię.” Powtórne badanie, sześć godzin od utraty przytomności. Kiedy o czwartej rano spokojnie jadę przez opustoszałe ulice miasta, nie czuję zmęczenia. Uczucie ulgi, że mam matkę przy sobie. Zabrałem ją w koszuli nocnej i szlafroku, tak jak stała. „- Po co się ma mama przebierać? Wybiera się mama na bankiet?”
|
|
| Iracki minister: Mamy kilka Londynów dziennie |
22-07-2005 18:20 |
„Irak poprosił Radę Bezpieczeństwa ONZ, aby potępiła ostatnią serię zamachów bombowych na jego terytorium, w których zginęły setki cywilów. "Niestety, od pewnego czasu mamy w Iraku codziennie kilka Londynów" - powiedział zastępca stałego przedstawiciela Iraku w ONZ Fesijal al-Istrabadi, nawiązując do ostatnich zamachów i prób zamachów bombowych w metrze i autobusach w stolicy W. Brytanii.
Tuż po zamachach w Londynie 7 lipca, kiedy zginęło 56 osób, w tym czterech zamachowców, Rada Bezpieczeństwa jednomyślnie uchwaliła rezolucję, w której potępiła ataki i zażądała postawienia winnych przed sądem."
Istrabadi zwrócił uwagę, że w sobotnim zamachu w Musaibie 65 km na południe od Bagdadu zginęło prawie 100 osób, a w zamachu 13 lipca w Bagdadzie 27 Irakijczyków i amerykański żołnierz."
Warto zatanowić się nad tą informacją podaną przez PAP. Nazbyt sie przyzwyczailiśmy, że codziennie w Iraku jest „kilka "Londynów" dziennie.” Jakoś nigdy nasz Sejm nie uczcił ofiar choćby 15 sekundową ciszą. |
|
| Kolczyki Skacowanej |
22-07-2005 11:00 |
Zapytano mnie po raz kolejny, dlaczego w moim blogu tak mało prywatności? Na przykład jak w blogu Skacowanej: „Nie jestem w stanie już zliczyć umywalkowych strat. Kolejny kolczyk szlag trafił. Dysponuję przeogromną kolekcją pojedynczych kolczyków. Dysponuję też przeolbrzymią kolekcją kolczyków bez zakrętek. Ostatnio – problem z serii NOWOŚĆ, NEW, NUEVO – to gubienie zakrętek od kolczyków pępkowych. Ale one nie wpadają do umywalki. One gubią się w zakamarkach łóżkowych.”
Więc tłumaczę, że mam opory wywieszać swoje prześcieradło na środku ulicy, w centrum miasta. Ale blog to intymność – słyszę ponownie, a raczej czytam w e-mailu. Tym razem wykasowuję go bez odpowiedzi. To jedna z dobrych stron internetowej komunikacji międzyludzkiej, możliwość wykasowania lub urwania rozmowy bez konieczności patrzenia w twarz, tych dąsów, gniewnych spojrzeń. Delate i po sprawie.
Zawsze rano, po przeglądzie prasy, przeglądam wybrane blogi, które na stałe zostały wbite do odrębnego folderu. Zakładka w przeglądarce internetowej – ulubione. Choć, niektóre trzeba już wykasować, jak na przykład blogi dziennikarzy Newsweeka. Większość z nich utknęła na kilku wpisach. I to tak napisanych dużym wysiłkiem, że trudno mówić o spontaniczności blogowania. „Cholera musze coś napisać, przecież obiecałem coś pisać.” Nawet najbardziej zapalony w blogowaniu Filip Łobodziński traci poczatkowy impet. Piotr Zaremba doszedł do pięciu. Piotrze, czy Was ktoś w redakcji pogania, przypomina, że macie pisać blogi? No, bo przecież zrobiliśmy kampanie promocyjną. Marketing naciska!
|
| | |